Z edukacją jestem związany od 11 lat, myślę, że za ten okres mógłbym wystawić mojemu państwu niezły rachunek. Nie to żebym narzekał… w końcu nie tylko ja dopłacam do swojej roboty. Ale gdyby tak się uprzeć, to szkoła zbankrutowała by w pierwszej kolejności na rachunkach telefonicznych.

Wszak od wielu lat we wszystkich sprawach związanych z moimi wychowankami dzwonię z własnego telefonu, mój numer mają rodzice, którzy dzwonią do mnie czasami w bardzo nietypowych porach, ale biorąc pod uwagę, że nie mają czasu, bo są tak zarobieni jak ja, to nie mam im tego za złe. Mojego telefonu używam też, załatwiając różne konkursy, imprezy, itd. A dyrekcja jasno sugeruje, by z telefonu w sekretariacie, korzystać jedynie w wyjątkowych przypadkach, bo szkoła nie ma pieniędzy.

Moja drukarka też ledwo zipie. Drukuję na niej całą szkolną biurokrację, do tego sprawdziany i inne materiały do lekcji. Czasami gdy koleżanka z biblioteki, gdzie znajduje się ksero, jest chora, to drukuję sprawdziany w liczbie 30 sztuk, dla całej klasy. Mój laptop jest na wykończeniu. Przechodzi codziennie prawdziwą ścieżkę zdrowia, trzęsąc się w środkach komunikacji miejskiej, znosząc codzienną bieganinę z i do pracy, jego bateria zużywa się pracując po kilka godzin dziennie, wykonując pracę, którą powinien wykonać laptop służbowy, którego nie ma, którego państwo – mój pracodawca – mi nie zapewniło. I jeszcze mówią, że nie mogę mieć na nim telefonów i adresów do moich wychowanków, bo łamię ustawę o ochronie danych osobowych, a przecież to ja spłacam to gówno. Ja a nie pieprzone państwo, które nie chce mi kupić laptopa, ale które chce mnie karać za to, że sobie sam kupiłem i śmiem używać go w pracy. Nielogiczne…

Przykro mi też, gdy moje państwo nie płaci mi za wykonaną pracę. Mój 40 godzinny tydzień pracy nie jest do zewidencjonowania, bo także wieczorami (a często i po nocach) szukam w necie nowinek dla uatrakcyjnienia i uaktualnienia zajęć, piszę maile do rodziców, odbieram od nich telefony (jak wspomniałem wcześniej trzeba być człowiekiem i zrozumieć, że ktoś ma czas dopiero po 18). Nie mówię już o przygotowaniu i sprawdzaniu prac (sprawdzian w jednej klasie = 2-3 godziny, w zależności od stopnia trudności i jakości odpowiedzi). Często przekraczam mój 40 godzinny tydzień pracy i nie mam z tego ani dziękuję, ani pocałuj mnie w dupę. Ale o’k, mogę to zrozumieć, bo ciężko to zewidencjonować. Nie rozumiem jednak dlaczego nie mam płaconych nadgodzin za wyjazdy na wycieczki, gdzie odpowiadam 24 godziny za podopiecznych, przecież to jest łatwe do policzenia. Mało tego, w moim mieście tracę za takie wyjazdy nadgodziny, które mam planowo w szkole, czyli jestem do tyłu!!! Wycieczka oczywiście też odbywa się w ramach 40 godzinnego tygodnia pracy. Na wycieczkę biorę delegację, która jest jedynie dowodem, że jestem w pracy. A więc po trzydniowym wyjeździe z młodzieżą, gdzie jestem ponad 60 godzin w pracy, następny tydzień powinienem mieć wolny… Oczywiście takiej możliwości nie ma.

Piszę to w kontekście przymiarek do wprowadzenia, przez niektóre samorządy, obowiązku przebywania w placówce przez 40 godzin w tygodniu. Koszty z tym związane utopiły by bowiem niejeden samorząd, ponieważ rezygnując z pracy w domu zażądał bym od pracodawcy miejsca do pracy z drukarką, łączem internetowym, kompem, w miejscu gdzie nie gada mi nad głową 20 osób. W żadnej szkole publicznej czegoś takiego nie widziałem… Oczywiście każda godzina ponad ten ewidencjonowany czas pracy musiała by być płatna dodatkowo. Opłaca się Wam, drodzy samorządowcy?

Moi drodzy Samorządowcy, szanowna Pani Minister… proszę ciszej nad kosztami, które na mnie ponosicie, bo ten kij ma dwa końce i ja też mogę Wam wystawić rachunek, za Waszą nieudolność w zarządzaniu oświatą i naginanie przepisów.