Dużo ostatnimi czasy (szczególnie w kontekście reformy programowej) słyszy się o doszkalaniu nauczycieli. Wygląda na to jakby to nauczyciele byli najsłabszym ogniwem, stojąc na drodze świetlanej wizji oświaty, przedstawianej przez ministerstwo i samorządy. A ja się z tym nie zgadzam. Powiem więcej: uważam, że akurat nauczyciele są jednym z najsilniejszych ogniw. Oczywiście nie jest tak, że wszyscy są idealni, ale z pewnością jest to grupa, która duużo się uczy i może z niej brać przykład reszta społeczeństwa. W czym więc problem? Dlaczego ci wyszkoleni nauczyciele nie zmieniają naszej oświaty? Bo nie mają szans… Bo po każdym szkoleniu wracają do swojej szkoły, gdzie wiele pomysłów jest po prostu trudnych, lub wręcz niemożliwych, do realizacji. Co powinno się zmienić? Przecież każdy to od lat dobrze wie i rozumie.

Po pierwsze mniejsze klasy. Przy dzisiejszym zachowaniu dzieci i młodzieży nie da się nic osiągnąć w klasach 30 osobowych. Maksymalnie 20 osób a najlepiej 15 (szczególnie w edukacji wczesnoszkolnej). A wtedy określenie „zindywidualizowanie zajęć” będzie miało sens.

Po drugie instrumenty prawne, które wymuszą na rodzicach posyłanie dzieci do szkoły, które pozwolą na utrzymanie odpowiedniego poziomu zachowania w szkole, które pozwolą nauczycielom wyeliminować telefony i inne gadżety z lekcji, które odwracają uwagę od lekcji (i niech nikt mi nie mówi, że mam wdrożyć telefony do zajęć, bo to może udać się w małej grupie uczniów, w dodatku na pewnym poziomie kultury, a przeciętny nastolatek tak czy tak, wejdzie na fejsa, gadu lub będzie stukał esemesy). Ktoś powie „Takie instrumenty już są”. Tak, wiem. Niestety egzekwowanie ich, to droga przez mękę. Potrzebne są prostsze przepisy, łatwiejsze do zastosowania, dające przewagę szkole w „walce” z uczniem sprawiającym kłopoty wychowawcze. Na razie w starciu z takim uczniem, nauczyciel niewiele może. Dzisiejsza sytuacja w szkołach to potwierdza.

Po trzecie więcej praktyki w szkołach. Do legendy już przechodzą opowieści o pisemnych egzaminach praktycznych (bywałem na takich, a jakże). Ok, niech będą, ale obok prawdziwych praktycznych. Tyle, że do praktycznych trzeba ucznia przygotować, trzeba wyposażyć pracownie, zatrudnić asystentów (tak jak w USA), dać więcej godzin nauczycielom i uczniom, by każdy mógł ćwiczenie wykonać, a jak trzeba, to jeszcze powtórzyć.

Po czwarte odbiurokratyzować szkołę!!! Gdy przychodzą do szkoły różne kontrole, z miasta lub z kuratorium, mam wrażenie (nie tylko ja), że w szkole najważniejsze są papiery a nie uczeń. Nie potrafię wskazać choćby jednej sytuacji w której, od osoby kontrolującej, dostałbym konkretną radę jak postępować z uczniem, lub jak rozwiązać problem. Same ogólniki, które znam, lub które mogę wyczytać z internetu. Jeśli coś nie gra, to pisze się sprawozdania, programy naprawcze, co zajmuje tyle czasu, że na rozwiązywanie realnego problemu pozostaje tego czasu jeszcze mniej.

Po piąte nie zmniejszać ilości godzin. Obecna reforma to katastrofa, to nie uczenie a lizanie wiedzy. W większości uczniom (chyba) się to podoba, ale ci bardziej ambitni sami mówią, że obcina im się godziny z poszczególnych przedmiotów, by byli głupsi i by można nimi łatwiej rządzić. Poza tym nauczyciel, który wyrabia etat w dwóch lub więcej szkołach, bardziej myśli o tym by zdążyć z pracy do pracy, aniżeli o podnoszeniu jakości swojej pracy. Sam miałem okazję pracować w dwóch szkołach i mimo moich starań odbijało się to na jakości pracy z uczniem. No i jak tu w ogóle mówić o identyfikacji ze swoim miejscem pracy.

Po szóste samorządy powinny przedstawić jasną, wieloletnią perspektywę dla szkół. Dziś szkoły często straszone są likwidacją, łączeniem. W tym klimacie wysokiej jakości nie da się uzyskać. Dziecko, to nie długopis, który można wyprodukować szybciej, z tańszych materiałów. Przerzucimy, wciśniemy do klasy więcej, będzie taniej. Takie myślenie prowadzi do degradacji intelektualnej kraju i upadku gospodarki. Niestety… takie myślenie obecnie dominuje.

Dlaczego więc tego wszystkiego się nie robi? Oczywiście jeśli nie wiadomo o co chodzi, to chodzi o pieniądze. Że moje pomysły dużo kosztują? A kto mówił, że będzie tanio… No i ten wydatek się opłaca, to właściwie nie wydatek, tylko inwestycja. Kraje, które chcą coś znaczyć w zglobalizowanej gospodarce, inwestują w edukację duże sumy. I nie ma innej drogi…