Każda szkoła działa w gąszczu przepisów prawnych. Mam często wrażenie, że mnogość przepisów paraliżuje szkołę, przynajmniej w niektórych działaniach. Dużo ostatnio mówi się o tym jak to szkoły generują koszty, które nie są w stanie udźwignąć gminy. Czymś co generuje coraz większe koszty jest nauczanie indywidualne.

W założeniu nauczanie indywidualne ma pomóc dzieciom chorym, które nie mogą do szkoły chodzić, lub, ze względu na swe schorzenia, przebywać w dużej grupie osób. W praktyce nauczanie indywidualne stało się sposobem ucieczki od problemów i sposobem na zdanie do następnej klasy. Osób naprawdę chorych, które rzeczywiści nie mogą do szkoły uczęszczać jest niewiele i im faktyczne należy się nauczanie indywidualne. Jednak w wielu przypadkach rodzice „załatwiają” nauczanie indywidualne, bo syn lub córka nie radzi sobie w szkole (co jest często efektem ich zaniedbań). Słyszałem już kilkakrotnie jak rodzice lub uczniowie, stwierdzali, że trzeba sobie „załatwić” indywidualne, bo łatwiej zdać do następnej klasy, bo trzeba być sprytnym, bo tam będzie mniej godzin i nie trzeba się tak wysilać, bo tam nauczyciel musi się martwić, że dziecko się nie nauczyło. Nie spotkałem się z przypadkiem w którym uczeń nie dostał orzeczenia o potrzebie nauczania indywidualnego. Mam takie wrażenie, że gdybym sam tam poszedł, to również bym dostał, coś zawsze można znaleźć.

Oczywiście poradnie tłumaczą się, że tylko orzekają o stanie faktycznym. Tylko dlaczego ktoś z „obniżonymi możliwościami intelektualnymi” ląduje w liceum na indywidualnych a nie w zawodówce dziennej, by zdobyć zawód, to do dzisiaj nie wiem. Dlaczego ktoś, kto ma „fobię szkolną” (za moich czasów mówiło się leń i leser…) nie idzie do pracy, tylko obciąża budżet gminy, tego też nie wiem. Z doświadczenia wiem, że dla takiego kombinatora jest to niekorzystne. Utwierdza się w swoim kombinatorstwie i przyzwyczaja się, że cały świat ma mu służyć. Mamy potem nieprzystosowanych absolwentów szkół średnich, którzy nie radzą sobie na rynku pracy (tam przecież taka opinia nic nie znaczy). Pamiętam przypadek, gdy zdrowa 18 latka w ciąży siedziała w domu (jak sama przyznała: bo była taka możliwość) a co tydzień popylała do niej nauczycielka w 8 miesiącu ciąży. Chore prawda?

Niestety z orzeczeniem poradni nikt nie dyskutuje, a szkoda, bo kosztuje to gminy coraz więcej pieniędzy. Nauczyciele zagryzają wargi i jadą do domu ucznia, który nie splamił się wcześniej nauką, który patrzy triumfalnie na belfra, jakby chciał powiedzieć: „I co mi teraz zrobisz? Przecież teraz jestem chory”.

Zdaję sobie sprawę, że to temat mocno kontrowersyjny, ale na pewno w najbliższych latach trzeba będzie się nad nim poważnie zastanowić. Inaczej licea zamienią się niedługo w szkoły indywidualne, a w tym czasie zamykać będą szkoły zawodowe, do których nikt nie będzie chciał chodzić. Negatywną rolę odgrywają tutaj także rodzice, którzy nie potrafią przyznać, że ich dziecko nie nadaje się do liceum. Robią przez to dziecku krzywdę, gdyż mogło by zdobyć zawód i całkiem nieźle żyć i zarabiać. Niestety realizując często własne ambicje, „załatwiają” nauczanie indywidualne w liceum, nie dając dziecku alternatywy w postaci szkoły zawodowej. Nie tędy droga, drodzy rodzice.