Kupiłem niedawno komplet podręczników dla syna w podstawówce. 300 złotych. Może nie było by to takie straszne gdyby nie to, że za rok do pierwszej klasy pójdzie drugie dziecko i wydam 600 zł, a to dlatego, że używanie podręczników starszego brata jest… niewykonalne.

Żadna z książek nie może być przekazana rodzeństwu, lub innemu dziecku, bo to nie do końca książka, ale dziwne pomieszanie książki z zeszytem ćwiczeń. No ok… rozumiem, że zeszyty ćwiczeń mogą być na rok, ale dlaczego nie zrobić książki z edukacji wczesnoszkolnej lub angielskiego, którą można by użyć drugi raz. Pytanie retoryczne… Wiadomo, że jak nie wiadomo o co chodzi, to chodzi o pieniądze. Wydawnictwa chcą na mnie i innych rodzicach zarobić, wycisnąć ostatni grosz, bo przecież dziecku trzeba kupić. Więc nie mogę w przyszłym roku młodszemu kupić ćwiczeń za 150 zł a resztę wziąć od starszego, w końcu rodzica trzeba dorżnąć. Zresztą wydawnictwa, przy pełnej aprobacie władz oświatowych, stosują inne praktyki. Tam, gdzie podręcznik można już zostawić kolejnemu rocznikowi, stosują sztuczkę nazywającą się „nowa wersja podręcznika”. Wersja ta różni się od poprzedniej kolorem okładki, dołożonymi obrazkami, poprzestawianymi rozdziałami, dołożonymi paroma stronami… ale zawsze można napisać „nowa” i jacyś frajerzy kupią. Ludzie! Nie dajcie się wkręcać!

Inna sprawa to obecne szaleństwo związane z wymianą podręczników w związku z nową podstawą programową. Nie wiem kto ile pieniędzy komu dał, ale nie wierzę, że nie było tu lobbingu wydawnictw. W końcu w antykwariatach za dużo było już podręczników za pół ceny i trzeba było wysłać to na makulaturę… Ja sam miałem z dwie półki podręczników, które dostałem od wydawnictw w ramach reklamy i wszystko to poszło na makulaturę. Szkoda, bo te gratisy wykorzystywałem często jako prezenty dla uczniów biednych lub indywidualnych, ponoszących duże koszty leczenia, lub po prostu pożyczałem zapominalskim. Teraz musiałem się wszystkiego pozbyć, mimo że z podręczników tych można było jeszcze przez kilka lat korzystać. Warto jeszcze wspomnieć o wściekłości młodzieży, korzystającej z tych „ostatnich podręczników”, która nie mogła ich odsprzedać młodszym rocznikom, albo antykwariatom.

Niestety, w kwestii podręczników ktoś na nas robi niezły biznes i niestety, odpowiedzialni za to, są poszczególni ministrowie edukacji, którzy nic w tym kierunku nie zrobili, by obniżyć „książkowe” koszty edukacji dla rodziców. Na pewno nie jest to element polityki prorodzinnej… Żeby efektem tego był chociaż lepszy produkt, niestety, porównując podręczniki z tego samego przedmiotu widzimy różnice raczej kosmetyczne. Nie tęsknię za komuną, ale wtedy było to chyba lepiej rozwiązane. Mieliśmy normalne podręczniki nawet w klasach 1-3 a szlaczki, kółka, literki i cyferki pisaliśmy w zeszytach. Podręczniki szkolne to nie jest produkt na którym powinno się robić biznes, bo po kieszeni zawsze dostają rodzice, ledwo dopinający swój budżet każdej jesieni. A przecież koszt wychowania dziecka jest ogromny. Może by o tym ktoś pomyślał, żądając od młodych ludzi by rodzili kolejne dzieci. A przyrost naturalny spada…