Stało się… moje pociechy trafiły w tryby polskiego systemu edukacji. Znam ten system od podszewki, dlatego jestem przerażony, gdy myślę co mnie czeka za te 3, 6, 9 lat. W końcu pracuję w tej branży od ponad 10 lat, więc wiem co mówię.

Trochę z zazdrością spoglądam na moich starszych kolegów, których dzieci kończą edukację i którzy mi mówią: „Zobaczysz… teraz się zacznie, jak nie chcesz zmarnować dzieci, to musisz powtórzyć z nimi te wszystkie etapy edukacji”. Moja koleżanka, z dzieciakami w wieku przedszkolnym, jeszcze naiwnie stwierdza, że przecież szkoła jest od tego by nauczyć, a nie rodzic… Starsi podśmiewają się z niej a ja już wiem, że starsi wiedzą z czego się śmieją. Oczywiście sam jestem belfrem i wiem, że w większości przypadków (niestety wiem, że nie zawsze) pani będzie się starać, pani wyłoży, zweryfikuje, sprawdzi testy (nawet w pierwszej klasie… testologia pełną gębą). Ale pani niewiele pomoże. Pani ma w klasie trzydziestkę rozwrzeszczanych bachorów, z czego trzy czwarte rozpuszczone lub zaniedbane przez rodziców i z trudem potrafi to wszystko przekrzyczeć i opanować. Do tego pani jest pod nieustanną obserwacją dyrektora, rodziców, kuratorium, więc musi uważać by źle na dziecko nie spojrzeć, bo prawo nie jest po jej stronie, dlatego często będzie wolała nie zrobić nic, niż podjąć konkretne działanie, bo może mieć z tego tylko problemy. Praca w takich warunkach przypomina walkę o przetrwanie. O indywidualnym podejściu zapomnij. Może gdyby pani miała w klasie piętnaście osób, to bym od niej wymagał więcej, ale będąc człowiekiem, który na co dzień walczy z trzydziestką trochę starszych uczniaków, wiem, że w takich warunkach nie ma szans zbyt wiele ich nauczyć. Cała nadzieja w rodzicach. Może rodzice przypilnują, by dziecko miało zadanie, może przepytają, może będą wałkować angielski, może będą wznosić się na kolejne poziomy matematycznego wtajemniczenia, by dziecko miało w głowie to, co piszą w mądrych programach. W końcu może, gdy będzie większe, będą trzymać rękę na pulsie (tacy rodzice, to skarb). Inaczej dziecko stoi na straconej pozycji. Dobrze, że mam tego świadomość, ale ilu rodziców takiej świadomości nie ma. Zapracowani, zagonieni a często też sami niedouczeni, wysyłają dzieci do szkoły, myśląc, że w XXI wieku szkoła w Polsce jest w stanie czegoś sama nauczyć. Niestety nasza szkoła od wielu lat jest poligonem doświadczalnym a dziecko jest tu najmniej ważne. Siedzę w tym od dawna i wiem, że pod stertą papierków, raportów, sprawozdań, procedur, programów naprawczych, pogrzebane jest to co najważniejsze: dobro ucznia. I komu przeszkadzała ośmioletnia podstawówka w której nauczyciel prowadził dziecko od 7 do 15 roku życia, miał kontakt z rodzicami, znał sytuację rodzinną? Zapytajcie o to polityków. Zapytajcie po co poszatkowali wszystko na trzyletnie etapy, w których zanim dziecko się przystosuje, już musi kończyć. Ten system jest rozregulowany i nie działa…

A więc do roboty, by jeszcze bardziej nie spieprzyć przyszłości moich dzieci…