Dwie sceny z życia dzisiejszej szkoły. Obrazek pierwszy: wywiadówka w pierwszej klasie podstawówki. Ja jako rodzic. Wchodzimy do pani pojedynczo, pani indywidualnie konsultuje każdy przypadek, niby fajnie. Jednak 3/4 konsultacji polega na zarzucaniu rodzica informacją jak dziecku wyszły kolejne testy. Gdzie wstawił kółko a gdzie kwadrat, gdzie dobrą literkę a gdzie złą. Ok, to ważne, ale po wyjściu mam wrażenie, że moje dziecko zostało sprowadzone do roli maszynki rozwiązującej testy, wolałbym więcej o dziecku. Nie mam pretensji do pani, jest z tego rozliczana, stara się robić coś „oprócz”, ale swoją porcję testów dziecko musi przerobić. Witamy u progu szkolnej kariery w Polsce.

Obrazek drugi: szkoła średnia. Prowadzę zajęcia. Temat nudny, klasa głównie żeńska, dział zdecydowanie nie podchodzący kobietom, aż prosi się by zrobić go po łebkach i więcej godzin zostawić na tematy inne, na które można ciekawie podyskutować, nawet się pokłócić, nie jedną a z cztery godziny. Nie mogę. Za kilka miesięcy matura. Nie możemy „zawalić” całego działu. A nuż będą z tego pytania. Wybieram nudną orkę na ugorze, zamiast wzbudzania pasji.

Po co w ogóle ta szkoła w takiej formie? Wbijamy im coś do głów, oni piszą testy, zdają, ale po paru miesiącach nic im z tego nie zostaje. Egzaminy są porównywalne? Tak są. No i co z tego? Że uczelnie mogą dokonać sprawiedliwego wyboru wśród przeciętniaków? Bo przeciętniak jest głównym produktem tego systemu. Taki co prawda nie idiota, ale ktoś lotny też nie. Porażka. Lepsze uczelnie biją na alarm. Nauczyciele krzyczą na forach o pokoleniu wyedukowanych głupków. I co? Nic. Rząd chwali się tylko jaki to boom edukacyjny zachodzi w Polsce. A jakość? Co tam jakość, tą widać dopiero po latach, a wybory tuż, tuż…

Zaczynałem uczyć, gdy stara matura odchodziła do lamusa. Na początku byłem pełen entuzjazmu, bo porównywalność, bo eliminacja czynnika ludzkiego przy ocenianiu. Sam teraz sprawdzam matury. I… zaczynam tęsknić za starą maturą. Dlaczego? Chyba bardziej premiowała tych, którzy potrafili rozwinąć skrzydła. Dawała szanse na wybicie się ponad przeciętność. Pozwalała na swobodną interpretację, na zabawę słowem. A że przy okazji maturę zdało paru co zdać nie powinno, bo im nauczyciel naciągnął. I co z tego? Życie by ich zweryfikowało.

Wiele już gorzkich słów wypowiedziano nad nową maturą. Ale nic się nie zmienia, bo MEN uważa ją wciąż za sukces. Tylko jeżeli jest tak dobrze, to dlaczego jest tak źle? A może, jak to często bywa, ktoś nie chce przyznać się do błędu? Bo to wiąże się z nieprzyjemnymi pytaniami o koszty, o odpowiedzialność.

Pierwotnie idea była prosta i szczytna. Człowiek po szkole średniej miał mieć szerokie horyzonty, odpowiedni poziom kultury, miał mieć możliwość na podjęcie studiów w różnych kierunkach. Na studiach miał rozwijać swoje pasje i zainteresowania. Ci którzy pracują z młodzieżą i studentami jakoś chyba się w tym momencie uśmiechają, bo efekt końcowy znacznie odbiega od założeń. Testologia pokonała chęć rozwoju. Dzisiaj uczniowie się nie uczą a zaliczają. Jeśli czegoś nie ma na teście końcowym, to nie trzeba się tym przejmować. Rozwój osobowości? Tego też na teście nie wymagają. Straszne? Strasznie to będzie, gdy ci ludzi decydować będą o przyszłości naszego kraju. Sami ich stworzyliśmy. Sami ich tak ukształtowaliśmy.