Nie przez przypadek zacząłem od starego komunistycznego hasła propagandowego. W dzisiejszym posyłaniu sześciolatków do szkół, sensu jakoś nie widzę a mnóstwo propagandy, jak najbardziej. Argumentacja premiera z dwóch powodów jakoś do mnie nie trafia, pierwszym powodem jest to, że jako nauczyciel znam realia szkoły, drugi powód jest taki, że jako ojciec dwóch dzieciaków, których nie posłałem wcześniej do szkoły (a mogłem) wiem swoje.

Wiem, że przede wszystkim trzeba reformę dokończyć, bo inaczej pan premier (od czasu reformy pani Hall, nie napiszę tego wielką literą, bo straciłem do pana premiera szacunek) poniesie porażkę wizerunkową, no i to samo w sobie stawia propagandę ponad los dziecka… Tłumaczenie, że dołączamy do grona państw w których nauka rozpoczyna się od 6 roku życia jest też pijarem, bo przecież już od dawna w Polsce mamy obowiązkową zerówkę więc de facto naukę od 6 roku życia, ale w lepszych warunkach niż szkolne… No i wiele rozwiniętych krajów ma dalej system, gdzie naukę zaczyna się od 7 lat. Nikt oczywiście się tutaj nie tłumaczy dlaczego w ostatnich latach napsuto tyle krwi rodzicom, którzy nie wiedzieli co robić. Oczywiście pan premier nie przyzna, że dopuścił do wejścia w życie nieprzygotowaną reformę. Nie przyzna, że 6-letnie dzieci, które poszły do pierwszych klas od razu, zastały często warunki nie takie jak obiecywano. Że przeprowadzono eksperyment na żywych organizmach. Nie przyzna, bo zamiast jaj, ma polityczny kalkulator zysków i strat, który karze mu reformę dokończyć, mimo że rodzice jej nie chcą.

Jako rodzic i nauczyciel sensu w tej reformie nie widzę, poza tym, że moje koleżanki w podstawówkach będą miały trochę więcej godzin, no ale nie o nauczycieli a o dzieci ma tutaj chodzić. Ucząc 15-19 latków, widzę, jak dużo znaczy jeden rok różnicy pomiędzy uczniami. Skoro w tym wieku to widzę, to co dopiero można powiedzieć o różnicy roku pomiędzy 6 a 7 latkiem. Co z tego, że moje dziecko technicznie było gotowe do pójścia do szkoły w wieku 6 lat (i mogło), jak w zachowaniu, pomiędzy nim a siedmiolatkami, widziałem przepaść a wtłoczenie takiego dziecka, choćby do najlepiej przygotowanej szkoły jest zrzucaniem mu na głowę obowiązków ponad jego wiek. Poza tym po co wtłaczać dziecko w ten system rok wcześniej, by o rok wcześniej z niego wypadło? Rozumiem, że pan premier ma już miejsca pracy dla rzesz 17 latków, którzy ukończą szkoły średnie za kilkanaście lat? Mówię to z sarkazmem, bo wiem, że w tej najmłodszej grupie pracowników bezrobocie jest wysokie i spadać nie chce. W szkole w której uczę, WIĘKSZOŚĆ 18 latków nie wie jeszcze co ze sobą zrobić po maturze… już widzę jak odpowiedzialne i dorosłe decyzje podejmować będą 17 latkowie, bo pan premier tak sobie założył.

Myślę, że pan premier ma w dupie co się stanie z moimi dziećmi za te kilkanaście lat, bo wtedy będzie siedział sobie na wysokiej premierowskiej emeryturze, dorabiając jako doradca u kolejnego premiera lub szefa partii. Myślę, że pan premier ma polityczny plan nakierowany na najbliższe wybory w którym moje i państwa dzieci są jedynie narzędziem do skutecznego wykonania tegoż planu.

Moje dzieci posłałem do szkoły w normalnym czasie. Pokazałem tym samym panu premierowi środkowy palec, pokazałem tym samym, co jako rodzic i nauczyciel sądzę o tej reformie. I do tego zachęcam rodziców kolejnych roczników. Walczcie. Nie pozwólcie wtłoczyć waszego dziecka w polityczne założenia przedwyborcze partii rządzącej. Nie zabierajcie dziecku roku dzieciństwa, bo sami, jako dorośli, wiecie, że nie ma się do czego tak spieszyć. Nie wystawiajmy własnego dziecka do wyścigu szczurów zorganizowanego przez polityków, którzy muszą się czymś wykazać. Jak w tym powiedzeniu: jeśli nie wiesz co zrobić – zrób cokolwiek, czyli poślij 6-latki do szkół…