O tym, że obecna partia rządząca nie ma pomysłu na edukację, wiedziałem już po usłyszeniu pomysłów pani Hall. Potem stwierdziłem, że ktoś robi sobie ze mnie żarty, gdy usłyszałem, że jej następczynią ma być jej zastępca, czyli pani Szumilas, czyli faktycznie zmiany żadnej nie było. Ale w tej chwili, przekroczono cienką czerwoną linię… Mam wrażenie, że pan premier Tusk, niczym cyrkowy magik, wyciągnął panią Kluzik-Rostkowską z kapelusza. Tyle, że to nie zabawa, bo tutaj o nasze dzieci chodzi. A wygląda na to, że po raz kolejny posłużono się dziećmi do pokazania, jakie to premier szykuje nowe otwarcie. A jakie to nowe otwarcie?

Pierwsze słowa, które usłyszałem z ust pani ministry, to „żadnych zmian”, „kontynuacja linii poprzedniczki”, „sześciolatki do szkół”. To po co ta zmiana? Takie proste, fundamentalne pytanie, leżące u podstaw wszystkiego. PO CO? Żeby państwo straciło na odprawie (na pewno wysokiej) za ministrowanie pani Szumilas? No nie… są ważniejsze dla premiera powody.

  1. Pokazanie, że przecież coś robi, bo zmienia złego ministra.
  2. Pokazanie, że panuje nad rządem.
  3. Rozmycie odpowiedzialności za fatalny stan naszej oświaty.
  4. Dalsze oszczędności, bo przecież nowa ministra jest całkowicie lojalna.
  5. Temat zastępczy i ucieczka od ważnych problemów kraju np. demograficznych.

Myślę, że ta nominacja to kolejny policzek wymierzony polskiej oświacie. Nie wierzę, że pani Kluzik-Rostkowska zrobi cokolwiek dobrego dla polskiej szkoły. Szkoda, że pan premier tak traktuje największą grupę zawodową, która tłumnie go poparła w 2007 roku, licząc na POZYTYWNE ZMIANY A NIE JEDYNIE NA OSZCZĘDNOŚCI. Szkoda, że pan premier, rzekomo przejmujący się sprawami gospodarczymi, przymyka oko na upadek intelektualny uczniów po reformie pani Hall, bo to chyba źle dla naszej przyszłej gospodarki.

I znowu potraktowano uczniów i nauczycieli jak ścierę, którą można wytrzeć brudy po nieudolnym rządzeniu…