O podręcznikach pisałem już wcześniej we wpisie „Podręcznikowe szaleństwo”, ale znów na ten temat głośno, więc pozwolę sobie zabrać głos.

Na podręcznikach robi się w Polsce niezły biznes, to dla nikogo nie jest tajemnicą. Tylko dlaczego ten biznes robi się na rodzinach z dziećmi, ledwie wiążących koniec z końcem? Dlaczego jest na to przyzwolenie? Tego nie wiem. Hasła o zróżnicowaniu oferty, o wyborze najlepszego podręcznika, można już włożyć między bajki. W końcu i tak pisane są one pod jedną podstawę programową, więc z założenia nie mogą się różnić zbyt wiele. I nie różnią się. Corocznie przeglądam różne oferty, różnią się szczegółami i… ceną.

Teraz dużo mówi się o darmowym podręczniku dla klas 1. Nie rozumiem. A dlaczego nie dla 2, 3, 4, 5, 6, gimnazjum, liceum? Czy po pierwszej klasie rodzice jakoś szczególnie się wzbogacą? Bo o tym nic nie napisano… Czyli typowa kiełbacha wyborcza. Dajemy ochłap i mówimy wszem, i wobec, ile to zrobiliśmy.

Tak naprawdę, nie darmowy podręcznik do 1 klasy jest tutaj potrzebny, tylko kompleksowy system wyposażenia uczniów w książki przez cały okres edukacji. I nawet nie chodzi o system darmowy, bo może być współfinansowany przez rodziców. Po to by mając dwoje, troje dzieciaków, można było korzystać z podręczników po bracie lub siostrze. Aby można go podarować sąsiadce, której dziecko jest młodsze, lub przyjaciółce z drugiego końca Polski, której się nie przelewa… Nieprawdopodobne? A dlaczego? W końcu edukacja jest darmowa, tak stoi w konstytucji! A jak edukować bez podręcznika? Dlaczego więc na czymś, co powinno być darmowe lub tanie (w przypadku podręcznika), zbija się od kilku lat niezły biznes? Dlaczego ja mogłem mieć podręczniki po starszych kolegach a moje dzieci nie?

A może szkoły mogły by przy wsparciu ministerstwa zakupić podręczniki i wypożyczać je kolejnym rocznikom, pobierając ewentualnie opłatę za powstałe zniszczenia? Przecież nikt nie zabraniał by bogatym rodzicom kupna nowego kompletu. A zwykłe rodziny, które żyją od pierwszego do pierwszego, poczuły by nareszcie, że państwo je wspiera. Są oczywiście inne rozwiązania. Może nasi spece w ministerstwie odkryją w końcu takie narzędzie jak internet i prześledzą, jak robią to w innych krajach, i wybiorą rozwiązanie najlepsze dla ludzi (bo obecne jest antyrodzinne), w końcu po to tam siedzą i biorą kasę…

Tylko trzeba zakończyć wreszcie ten podręcznikowy cyrk! Nowe wersje z dodanym jednym rozdziałem (nagminne w liceach). Bzdurne uzupełnianki w podstawówkach (są przecież zeszyty). Podręczniki różniące się obrazkami, kolejnością tematów, które uczą przecież tego samego. Ja wiem, że lobby wydawców i autorów podręczników jest już silne (politycy sami je wyhodowali), ale nie o dobro wydawców i autorów tu chodzi a o tanie i skuteczne nauczanie naszych dzieci! Powtarzam: podstawa programowa jest jedna!