Jako rodzic, cieszę się, że ktoś zwraca uwagę na ten problem. Widzę na co dzień asortyment sklepików szkolnych i nie wygląda to dobrze, to fakt. Jednak zanim podejmiemy jakieś działania „na hura” (jak to w Polsce często bywa), wypadało by zastanowić się nad sensem przewidywanej regulacji, aby (jak to często bywa) nie skończyło się na działaniach pozornych, z których dumni będą jedynie urzędnicy, a prawdziwy problem pozostanie.

Bo problemem nie są sklepiki, tylko nawyki żywieniowe Polaków i postępująca otyłość. Jeśli ktoś nie wie, to mogę uświadomić, że w Polsce najszybciej (z wszystkich krajów europejskich) przybywa ludzi otyłych. Problem ten w coraz większym stopniu dotyczy dzieci.

Kiedy kształtują się nawyki żywieniowe? Raczej zanim dzieci idą do szkoły. Nawyki żywieniowe kształtują od małego rodzice (np. w nagrodę pójdziemy do Mc Donaldsa) i dziadkowie (zasypując dzieci słodyczami). Słodycze bardzo często dawane są dzieciom w prezencie. Gdy do rodziny z dziećmi, przychodzą znajomi, więcej niż pewne jest, ze przyjdą z czekoladą (gdy miałem małe dzieci, takie do 3 lat, zawsze pragnąłem by ktoś zamiast czekolady przyniósł małą paczkę pieluch… nie zdarzyło się…).

Co zmieni wycofanie produktów sprzyjających tyciu? Chyba w pierwszej kolejności zbankrutuje większość sklepików, bo rozumiem, że wycofać trzeba będzie słodycze (batoniki, drożdżówki, żelki, cukierki itp.), słodkie napoje, chipsy i fast foody (zapiekanki, mini pizze), czyli główny asortyment sklepików. Czy dzieci przestaną się źle odżywiać? Hmm. Raczej przyniosą słodycze z domu, dlatego taka akcja bez świadomego udziału rodziców, nie powiedzie się. Jeśli chodzi o starszą młodzież, ci są właściwie straceni, kupią niezdrową żywność w drodze do szkoły, lub wyskoczą na dużej przerwie. Czy będą kupować zdrową żywność? Tak, jeżeli są do tego przyzwyczajeni. Nie, jeśli nikt ich tego wcześniej nie nauczył. Można mieć nadzieję, że z czasem coraz chętniej zaopatrzą się w zdrową żywność, ale niekoniecznie tak musi być, tutaj też potrzeba do współpracy rodziców.

A może trzeba się zapytać, czy sklepiki w szkole są w ogóle potrzebne? Może jak ich nie będzie, to rodzice zaczną dzieciom robić kanapki, zamiast dawać do kieszeni dwa lub trzy złote, za które dziecko przeważnie nie kupi bułki, nawet jeśli jest w ofercie. Może dzieci chętniej będą zjadać obiady w szkole a talerze w stołówce będą puste? Może warto poświęcić szkolne biznesy (wiem, trochę ludzi straci pracę), w imię zdrowia dzieci? A może dać szansę nowym sklepikom, by zakładał je ktoś z pomysłem na to by przyciągnąć dzieci do zdrowej żywności? A może niech dzieci (pod kierunkiem nauczycieli i we współpracy z radą rodziców) same organizują sklepiki i uczą się w ten sposób przedsiębiorczości?

Wyzwanie nie jest tak łatwe, jak to na pewno niektórzy chcieli by widzieć… Zmiana nawyków żywieniowych dzieci (bo na najmłodszych trzeba się tutaj skupić) wymaga współpracy i wielkiego wysiłku szkoły, rodziców i właścicieli sklepików. Przepisy mogą tutaj być jedynie tym, co wspiera te działania. Rodzice muszą rzetelniej kontrolować to, co jedzą ich dzieci, poświęcić im więcej czasu w tej materii i… sami świecić przykładem (oj, nie będzie łatwo). Wychowawcy i nauczyciele, oprócz pogadanek powinni obserwować co jedzą dzieci, pilnować, by zjadały obiady (informować o tym przy okazji rodziców). Nie widzę powodu, by w klasach 1-3 nie można by było przypilnować dziecka, by zjadło kanapkę ze śniadaniówki. Porozmawiać z rodzicami (z pedagogiem może też) gdy dziecko tej śniadaniówki nie ma… Sklepikarze powinni sobie uświadomić, że nie tylko zarabiają na życie, ale w szkole prowadzą też pewną misję, rzutującą na całe przyszłe życie (i ewentualne choroby) tych dzieciaków.

Warto zastanowić się nad tymi sprawami zanim podejmiemy szlachetne, aczkolwiek nie zawsze przemyślane działania.