Czy dzienniki elektroniczne to udogodnienie, czy niepotrzebny gadżet? Przeczytałem dzisiaj, w relacji z targów edukacyjnych „Nowoczesna szkoła”, wypowiedzi przedstawicieli Śląskiego Kuratorium na ten temat. Kuratorium jest za, chociaż przyznam szczerze, nie dostrzegłem dotąd pędu kuratorów, do promocji tego typu rozwiązań. A szkoda. Osobiście jestem zwolennikiem dziennika elektronicznego i mam nadzieję, że stanie się on jak najszybciej standardem w naszych szkołach. Rodzice i nauczyciele dostają do rąk fajne narzędzie, które może usprawnić ich kontakty, pracę i aktywizować do działania. Skoro internet usprawnia kontakt z bankami, urzędami, znajomymi, to dlaczego ma nie usprawnić kontaktu ze szkołą?

Dziennik elektroniczny może zaktywizować rodziców, sprawić, że na bieżąco będą śledzić postępy swoich dzieciaków. Dotychczas raz na dwa miesiące rodzic zjawiał się w szkole i wychowawca mógł mu poświęcić często jedynie kilka minut. Dziennik sprawia, że rodzic przychodząc na zebranie, zaopatrzony jest w podstawowe informacje, dotyczące frekwencji, ocen a także zachowania (gdyż może korespondować z wychowawcą za pomocą dziennika). Aktywizuje to także nauczyciela, bo na zebraniu jest wtedy czas, by powiedzieć o wielu innych problemach, lub zastanowić się z rodzicami nad ich rozwiązywaniem. W ten sposób zebranie z informacyjnego staje się konstruktywne. Oczywiście powstaje pytanie, czy obie strony chcą rozwiązywać problemy? Czasami jest tak, że nauczyciel chce tylko przekazać informacje i nie ma pomysłu na ciąg dalszy zebrania, czasami rodzice się spieszą i nie chcą się angażować w rozwiązywanie szkolnych problemów… Czyli triumfuje klasyczna spychologia, rodzice mówią: niech szkoła rozwiąże problem, nauczyciele: nie rozwiążemy problemu bez zaangażowania rodziców (jednak obydwie strony nie palą się do zaangażowania). Na takim zebraniu na którym odpadła by część informacyjna (a z doświadczenia wiem, że większość rozmów indywidualnych skupia się także na części informacyjnej), można by nareszcie rozwiązać jakieś problemy.

Czy jest on korzystny dla nauczycieli? Z moich rozmów z nauczycielami wygląda to tak, że na każdą jedną osobę (pracującą od dawna z dziennikiem) będącą przeciw dziennikowi cyfrowemu, kilka jest za. Nie dziwi mnie to, bo odpada część uciążliwej biurokracji typu liczenie frekwencji, średnich, wypisywanie informacji o ocenach. Można przysłowiowemu Kowalskiemu wyliczyć osobno frekwencję na poszczególnych przedmiotach. Wpisy i sprawdzenie obecności zajmuje nie więcej niż przy tradycyjnym dzienniku. Praca nauczyciela jest bardziej transparentna, co dla dobrych nauczycieli nie stanowi problemu a gorszych zmusza do pracy nas własną systematycznością (np. terminowość sprawdzania prac, wpisów do dziennika). Zmusza nauczyciela do podążenia za rozwojem technologii, przez co może pokazać uczniowi, że technologia może służyć nie tylko dla rozrywki. No i mniej jest telefonów typu: Czy Jasiu jest dzisiaj w szkole? Kiedy ma sprawdzian? Jaką dostał ocenę, bo nie wiem czy mnie nie oszukuje?

Oczywiście ludziom nie dogodzisz. Nowe rozwiązanie zawsze budzi pewien opór, zarówno u nauczycieli jak i u rodziców. Bo może, dla niektórych rodziców, lepiej jest nie wiedzieć co się dzieje z ich dzieckiem? Po to, by potem przyjść do szkoły i mieć pretensje do całego świata, tylko nie do siebie… Chyba nie jest problemem, by sprawdzając Facebooka lub Naszą Klasę, sprawdzić też, czy dziecko dostało nową ocenę, uwagę lub pochwałę. Tym bardziej, że dzisiejsi rodzice są w przedziale od dwudziestu kilku do czterdziestu kliku lat, więc technologia nie powinna stanowić dla nich problemu. Niektórzy nauczyciele także kręcą nosem, bo a nuż Jasiowi się wymsknie, że pan dał wolną lekcję a w internecie jest temat lekcji, czarno na białym. Albo, że od trzech tygodni nie sprawdził kartkówek. Poprzez dziennik, rodzice mogą zmusić leniwego nauczyciela, by zajął się pewnymi sprawami. Niestety, tam gdzie jest dziennik elektroniczny, nie ma usprawiedliwienia dla lenistwa…