Pojechało moje dziecko na „zieloną szkołę”, czyli dwutygodniowy wyjazd na którym nauka połączona ma być z zaczerpnięciem świeżego powietrza. Fajnie. Dwa tygodnie nad morzem na pewno dobrze zrobią dziecku dla zdrowia. Dla rodziców to oczywiście stres. Jak sobie tam dziecko da radę? Tym bardziej, że pogoda nie rozpieszcza, typowa polska wiosna: słońce, deszcz, ciepło, zimno. Czy wystarczy ubrań? Czy nie będzie chodził w mokrych butach? Czy ubierze się odpowiednio do pogody? Czy nie pogubi rzeczy przy wyjściu na basen, lub nad morze? Czy zje cały obiad? Takich pytań jest oczywiście więcej. Jednak cała nadzieję, my i inni rodzice zapewne także, pokładają w Pani. Pani przypilnuje, pomoże, przypomni, pokaże itd.

Bo tak właściwie to ten wpis jest dla pań, które z dzieciakami tam jeżdżą. Na pewno nie są to wczasy, bo dwie panie na dwadzieścia sześć osób, to tak jakby wyjechać na wakacje z trzynaściorgiem dzieci. Chyba dobrze to ująłem? A przecież każdy rodzic wie, że dziecko daje czasami popalić… Sam jeździłem nie raz jako opiekun, ale nie jeździłem nigdy z dzieciakami z trzeciej klasy podstawówki. A tutaj roboty jest więcej. Przypilnuj porządku w pokojach, dopilnuj by dzieciaki nie były głodne, aby nie wpadły do wody (bo temperatura powietrza 15 stopni, wody jeszcze mniejsza), miej oczy dookoła głowy, pilnuj by wszystko zabrały z basenu, pilnuj by się nie przejadły słodyczami, wydzielaj kasę każdemu co rano itd. itp. A tutaj jeszcze trzeba jak to w szkole jakieś konflikty rozwiązać, czasami zastąpić rodzica, bo dzieci tęsknią, pocieszyć, doradzić… Posyłając dziecko na zieloną szkołę, ufamy, że dziecko ma opiekę 24 godz. na dobę. Ale co to oznacza? Policzmy. Pani jest z dziećmi 14 dni, razy 24 godziny, no, dajmy pani z 6 godzin snu (oczywiście zdarza się, że trzeba w nocy wstać i pracować, bo z dzieciakami, wiadomo, bywa różnie) a więc 18 godzin w pracy. Daje to 252 godziny pracy w ciągu dwóch tygodni. Tydzień pracy to oczywiście 40 godzin więc w ciągu dwóch tygodni panie wyrabiają ponad 6 tygodni… Oczywiście teoria jest tutaj bardzo piękna, nadgodziny i takie tam, ale rzeczywistość jest brutalna (nie słyszałem by komuś uczciwie zapłacili za przepracowane godziny na wycieczce, osobiście nie dostałem za wycieczkę NIGDY złamanego grosza ponadto, co zarabiałem pracując w szkole swoją przydzieloną liczbę godzin). Gdyby wypłacić co się należy, to gminy by zbankrutowały. Co zrobić… Przecież Pani nie przestanie pracować o 15:00, nie ma takiej opcji. Pani pracuje więc „ile trzeba”, wbrew kodeksom i zdrowemu rozsądkowi. A nie jest to praca tylko fizyczna lecz taka, która wyczerpuje także emocjonalnie. O odpowiedzialności (także karnej) nie wspominając.

Dlaczego to piszę? Bo może takie „sprzeczności” zauważą także ambitne i zdolne studentki, planujące pracę w szkole, przedstawicielki nowego pokolenia, nie nastawione tak altruistycznie do rzeczywistości, jak obecna kadra. Co im zaoferujemy? Powiemy: pracujcie za półdarmo i cieszcie się, że w ogóle pracujecie? O nie… Oni są inni, po prostu wyjadą za granicę, gdzie docenią ich pracę. A dzieci zostawimy w rękach drugo i trzeciorzędnych „fachowców”. A przecież dobrą kadrę trzeba docenić, także finansowo, a może przede wszystkim finansowo, bo pochwały to już były w harcerstwie i nie da się ich do garnka włożyć…