Przed nami maraton wyborczy. W tym roku idziemy do urn dwa razy, w przyszłym także. Ale czy na pewno idziemy? Frekwencja w wyborach, jak w szkołach, coraz niższa. Wśród ludzi panuje przekonanie, że i tak nic nie zmienią, że nie ma na kogo głosować. Mityczni ONI sprzysięgli się by doprowadzić kraj do ruiny. Mówią: cóż my możemy, nic nieznaczące pionki? Ludzie nie garną się by iść do polityki, by to zmienić, ograniczając się jedynie do narzekania. Niestety taka postawa w społeczeństwie jest dość powszechna. I nie tylko w grupach wiekowych zmęczonych już wieloletnim oglądaniem przepychanek na górze, ale także wśród młodych.

Kryzys, który dostrzegam, jest głęboki, bo rezygnacja z uczestnictwa w wyborach do parlamentu i samorządów, to tylko konsekwencja tego, co dzieje się na dole. A ja właśnie tam pracuję. A na dole, chociażby w szkole, coraz trudniej wybrać kogoś do rady rodziców, coraz trudniej wybrać przewodniczącego klasy, coraz trudniej spotkać takich, którzy wystąpią w imieniu grupy i potrafią zaangażować się w działania społeczne.

Jak uczyć, by młodych ludzi zachęcić do demokracji, zamiast od niej zniechęcać? Gdzie popełniamy błąd? Może chodzi o to, że człowiek, którego zdanie jest zawsze ignorowane, z góry zakłada, że od niego samego, nic nie zależy? Może gdyby samorząd uczniowski mógł załatwić jakieś sprawy uczniów, zamiast tylko słuchać odgórnych poleceń, byłby to dobry przykład? Może gdyby rady rodziców miały większy wpływ na szkoły, było by lepiej? Może gdyby rada pedagogiczna, zamiast drżeć przed dyrektorem, współdziałała i współdecydowała z nim, byłby promyk nadziei? Może gdyby dyrektorzy mogli w swojej placówce podejmować decyzje suwerennie, wespół z nauczycielami, uczniami i rodzicami, a nie według nakazów z gminy lub powiatu, to byłby dobry przykład? Dowód, że na dole można coś zrobić? Może wtedy mielibyśmy większy szacunek dla demokracji? A tak, tylko słuchamy. Bo przecież urzędnik wie lepiej, bo dyrektor wie lepiej, bo nauczyciel wie lepiej. Jednostka zawsze wie lepiej, co jest dobre dla ogółu. Demokrację mamy, ale często fasadową. Tak niestety w wielu miejscach jest. A demokracji uczymy się na dole.

Inna sprawa, że w naszym podejściu do demokracji wychodzą, niestety, nasze braki w edukacji. Bo skoro ktoś nie jest w stanie odróżnić argumentu od kiełbasy wyborczej, skoro ktoś nie wie, co może dla nas realnie zrobić dany polityk, obiecujący często cuda lub rzeczy sprzeczne z prawem, skoro ktoś głosuje na rzeczy o których nie ma podstawowego pojęcia, to jak ma mądrze zagłosować?

Inna sprawa, że poziom debaty politycznej jest mierny… Ale na to też jest rada. Jacek Kuroń powiedział kiedyś: nie palcie komitetów, zakładajcie swoje. Chciałbym aby moi uczniowie kierowali się tą mądrością, aby przerwać stan marazmu, który ogarnął w ostatnich latach społeczeństwo. I właśnie tego, sobie i innym nauczycielom życzę, dla dobra naszego kraju.