Znów fatalne wyniki matur z matematyki. Ja myślę, że i tak zbyt dobre. Było by gorzej ale część wyników w granicach 27-29% została zapewne naciągnięta (wiadomo: prikaz z góry, by nie wyszło fatalnie). Mnie te wyniki nie dziwią, zbyt dobrze znam realia polskiej szkoły.

Może Ministerstwo wprowadzając obowiązkową maturę z matematyki myślało, że sprawa rozwiąże się sama i młodzież stanie się nagle genialna? Przeliczyli się. A prawda jest taka, że połowa dzisiejszych licealistów powinna uczyć się w szkołach zawodowych (w tych lepszych liceach może mniej, ale w gorszych czasem i 3/4…). Prawdą jest, że z prezentowanym poziomem wiedzy jeszcze 10 czy 15 lat temu większość do liceów nie miała by się szans dostać. A licea biorą teraz kogo popadnie, byle się utrzymać, bo niż demograficzny, a samorządy nie pozwalają zdobić mniejszych oddziałów… Szkoda, że polikwidowano zawodówki, zamiast je zreformować. Mieliśmy co prawda edukacyjny boom, którym przez parę lat chwalili się politycy. Był to jednak boom sztuczny i zaciemniający prawdziwe problemy.

Pisałem maturę z matematyki w Śląskich Technicznych Zakładach Naukowych w latach 90-tych. Zadania były trudne i trzeba było się wykazać szeroką wiedzą. Dzisiaj prawie połowa pytań jest (przepraszam za określenie) dla patafianów: ABCD. Widocznie musi tak być, bo inaczej nie zdało by 70%.

Gdzie leży problem? Oj… lata zaniedbań sprawiły, że odpowiedź nie jest prosta. Ale postaram się wymienić tylko kilka przyczyn, niezbyt wyszukanych (na pewno można by tę listę rozszerzyć o inne, bardziej wyszukane):

  1. Słaba frekwencja na zajęciach. Wiadomo, matematyka opiera się na systematyczności a trudno o niej mówić jeśli kogoś notorycznie nie ma w szkole. Nauczyciele pomstują, dyrektorzy problem ukrywają, by nie psuć obrazu szkoły, rodzice rozkładają ręce a kuratoria sprawdzają tylko papierki, z czego zupełnie nic nie wynika. A młodzież? Widzi niemoc dorosłych i wykorzystuje ją bezlitośnie.
  2. Problemy wychowawcze we współczesnej szkole. Wciąż pokutuje tutaj lekkomyślne wprowadzenie gimnazjów w których następuje wychowawcze rozprężenie. W szkole średniej nie udaje się już tego okiełznać, w konsekwencji zamiast uczyć, nauczyciel walczy czasami z klasą.
  3. Oszczędności samorządów. Przy obecnych problemach wychowawczych, klasy nie powinny liczyć więcej niż 15-18 osób. W takich np. Katowicach (gdzie uczę) to, wg urzędników, 32 osoby. W tak licznej klasie, przy obecnym „wyluzowaniu” młodzieży, nie sposób DOBRZE przygotować klasy do matury (generalnie licea, to jeden wielki rynek korków z matmy).
  4. Przymykanie oka. Nie ma dotkliwych represji za nieuczenie się. Rodzic rozkłada ręce (bo stracił kontrolę), dyrektor nie wyrzuci (bo każdy uczeń na wagę etatu), a nauczyciel i tak naciągnie na semestr, bo przecież połowy klasy nie zostawi. Za komuny był list do zakładu pracy a w domu wpier…, dzisiaj jest tajemnica danych osobowych i wychowanie bezstresowe… Chińczycy i Japończycy mają trochę inny model od naszego, no ale my patrzymy w stronę zachodu. Model zachodni (co do nauki matematyki w szkołach) krytykuje już nawet guru amerykańskiej ekonomii Alan Greenspan.
  5. Mentalność młodzieży, rodziców i belfrów. Takie czasy, że młodzi są bardziej leniwi, bo więcej dostają na starcie, mają minimalistyczne podejście do swoich obowiązków (do już i tak obniżonych wymagań), rodzice są niekonsekwentni w rozliczaniu młodych z ich „pracy” a belfry często chcą, by to klasa dostosowała się do nich, a nie oni do klasy (bo przecież każda klasa, to zupełnie inna bajka: żywiołowość, inne przyswajanie wiedzy itd). Generalnie takie polskie: jakoś to będzie.

Gdyby dzisiejsi maturzyści zdawali starą maturę, to może zdało by z matmy 30-40% ogółu. Zbytnio poluzowaliśmy kaganiec, obniżyliśmy wymagania, daliśmy za dużo praw, boimy się prawdy. A prawda jest taka, że nawet ci którzy zdali, są w większości także na miernym poziomie, co widać później w szkołach wyższych. Produkujemy nikomu niepotrzebnych niedouczonych-wykształconych ludzi (i nie podniecajmy się z porównaniami z zachodem, bo tam poziom zjechał już dawno, co zauważyli ich ekonomiści i biją na alarm, na szczęście mają wielu imigrantów a Polska nie). Dobrze, że rzecz dzieje się w Polsce, gdzie młodzi na pomoc państwa nie liczą, kierując się bardziej powiedzeniem „Polak potrafi”. Znajdują pracę za granicą, w Polsce, jakąkolwiek. Życie uczy ich pokory. Ale czy do tego by wykonywać jakąkolwiek pracę, potrzebne jest wyższe wykształcenie. Raczej nie. Szkoda tylko gospodarki, która konkuruje taką właśnie tanią-wykształconą siłą roboczą, bo innowacyjnością to już nie. Do innowacyjności potrzeba solidnie wykształconego pokolenia a nie sterty dyplomowych papierków. Papierek można powiesić sobie na ścianie.