Czytałem ostatnio listę priorytetów Ministerstwa Nauki i Szkolnictwa Wyższego. Po przeczytaniu poczułem lekkie deja vu, bo o tych pomysłach słyszę nieprzerwanie od kilkunastu lat i… nic się nie zmienia. Teraz raczej także nic się nie zmieni, bo samym chciejstwem potęgi naszej nauki się nie zbuduje, tym bardziej, że potęga ta była w ostatnich kilkunastu latach skutecznie podmywana i przypomina dziś kolosa na glinianych nogach. Polska jako kraj innowacji? To dlaczego nasi politycy skutecznie zrobili z naszego kraju montownię zagranicznych produktów z tanią siłą roboczą jako największym atutem? Oczywiście politycy muszą coś gadać, dzięki temu czują, że istnieją i prawdopodobnie podnosi się ich samoocena. A jaka jest sytuacja faktyczna? Wystarczy przeczytać komentarze pod pomysłami ministerstwa i widzimy, że zepsute są fundamenty na których nauka nasza się opiera. Internauci są jednomyślni (a ja się z nimi zgadzam).

Przede wszystkim zwraca się uwagę na to, że uczelnie stały się prywatnymi folwarkami, na których stanowiska obejmuje bliższa lub dalsza rodzina. Mierni ale wierni. Dla wielu jest to coś w rodzaju rodzinnego biznesu, w którym nauka nie jest na pierwszym miejscu.

Druga sprawa, to skostniała struktura naszej nauki, która blokuje dostęp do niej osób młodych, z zapałem i pomysłami. Habilitacje, jakiś relikt minionej epoki, profesorowie siedzący w swych wieżach z kości słoniowej, wielu młodych ginie w tym systemie zależności i uczy się, że lepiej nie wychylać głowy, bo jak się komuś podpadnie, to nie będzie funduszy. Słyszałem o wielu przypadkach (także wśród znajomych), gdy młode osoby pracujące kilka lat na zachodzie, wracały do kraju z nowymi pomysłami i… były stawiane w szeregu, temperowane, byle nie zagrozić, często miernej, starszyźnie. Ci ludzie albo poddawali się, albo wyjeżdżali po raz kolejny z kraju. Pani Minister nie widzi tego problemu?

Kolejna sprawa, to sam fakt czym stały się nasze uczelnie. A stały się maszynką do wydawania dyplomów. Wydziały, które kształcą w oparciu o wysokie standardy, to niestety rodzynki w masie bylejakości. Fikcyjna praca na wydziałach, które wynajmują nazwiska znanych profesorów, byle otworzyć kierunek i przyciągnąć studentów są dość powszechną praktyką. Powszechność studiowania, którą napędziło państwo, wychodzi nam teraz bokiem, w miernych efektach kształcenia, dużej ilości pseudo uczelni, spadkiem wartości dyplomu, małej przydatności absolwentów dla gospodarki i samej nauki.

Zresztą… po co ta cała gadanina, przecież politycy sami naszą innowacyjność stłamsili, świadomie rezygnując z wielu innowacyjnych działów gospodarki i otwierając szeroko rynek na wszelki chłam płynący np. z Azji. A potem starali się przez lata, by Polska stała się montownią produktów a nie miejscem gdzie się je konstruuje… Staliśmy się wręcz uzależnieni od technologii z zewnątrz (jak to wygląda chociażby w kontekście możliwego konfliktu zbrojnego!?). Nawet przy zakupie rozmaitych produktów i technologii, głównym wyznacznikiem w przetargach staje się przeważnie cena, no a na tym polu, dzięki wytężonej pracy polityków, raczej nie możemy konkurować z produktem z zagranicy.

Po co więc ten pobożny koncert życzeń? Wolałbym listę efektów pracy Ministerstwa, a te, jak widać, nie są znaczące i nie zrobiły na razie z Polski ważnego ośrodka myśli naukowej. Wystarczy spojrzeć na procent PKB przeznaczanego na naukę (jedno z ostatnich miejsc w Europie) i całe te gadanie o priorytetach szlag trafia…