Nadchodzi kolejny rok szkolny. Kolejny naznaczony piętnem niżu demograficznego. Ciężki rok dla szkół średnich i wyższych, z których wiele walczy o przetrwanie. Nadal jednak trwa boom edukacyjny, choć sama młodzież mówi już o tym, że niekoniecznie przyczyną jego jest pęd do nauki, lecz zwyczajnie… konieczność zrobienia czegokolwiek, by odroczyć w czasie skok w brutalny i niczego nie gwarantujący rynek pracy. Ot… studiowanie dla studiowania. Nie mam głowy do interesu, będę se magistrem.

Odsetek ludzi z wyższym wykształceniem jest w Polsce imponujący. I co z tego, jeżeli rynek pracy nie jest w stanie wchłonąć takiej liczby osób po studiach? Inna sprawa, że studia te niewiele dają, niewiele od człowieka wymagają, jak mówią studenci – trzeba się postarać by z nich wylecieć, dyplom wciskają człowiekowi do ręki, bo każdy student jest na wagę złota (podobnie jest w szkołach średnich, gdzie niewiele robiąc można uzyskać świadectwo jej ukończenia).

Studia przestają być przygodą z nauką, miejscem, gdzie rozwija się pasje. Stają się jeszcze jednym etapem nauki, przedłużeniem młodości, beztroski, okazją do kolejnych imprez. To taka przechowalnia, bo aż strach pomyśleć, co by było, gdyby nagle ci ludzie przestali studiować, skoro „przemysł” edukacyjny stał się już ważnym elementem gospodarki. Maturzyści i studenci to żyła złota. Dojna krowa, którą trzeba wycisnąć do ostatniej kropli. Gdyby jeszcze efekt był współmierny do składanych obietnic… Nic z tego.

Masowość i obniżenie wymagań do absurdalnego minimum, musiało zakończyć się zjazdem w dół. Wszak człowiek ma to do siebie, że jest wygodny i równa częściej w dół a nie w górę. Nie muszę robić więcej, to nie będę, tym bardziej, że młody wiek nie sprzyja wyrzeczeniom. Zaliczyć, odhaczyć, mieć z głowy. Będę się martwił później.

Czasami słyszymy, że (na przekór) ktoś osiąga sukces. Wtedy jak osy do słodkiego, kleją się do takiego wszyscy, chcąc się ogrzać w blasku sławy, by powiedzieć: zrobiliśmy… A prawda jest taka, że z produkcja masową taki człowiek nie ma zbyt wiele wspólnego. Udało mu się trafić na dobrego nauczyciela, dlatego jego pasja nie została stłamszona w zarodku, miał oparcie w rodzicach (i te merytoryczne i finansowe), przychylność innych nauczycieli (którzy nie upierali się, że to ich przedmiot jest najważniejszy), i mnóstwo samozaparcia. Ilu takich młodych zdolnych osiąga potem zawodowy sukces? Niewielu… Większość ugrzęźnie w trybach zardzewiałej maszyny zwanej polską nauką, z jej hierarchią, nepotyzmem, kolesiostwem, przeciętniactwem.

Ale warto się starać. Mimo wszystko. To jedyny sposób aby coś zrobić dla siebie, kraju, a kiedyś być może, mieć z tego jeszcze finansową korzyść.