Minął Dzień Nauczyciela. Dzień wolny, ale nie do końca. Bo co to oznacza: dzień bez zajęć edukacyjnych? Czyli jaki? Uczyć młodzieży nie trzeba, młodzież uczyć się nie musi, więc raczej wybierze towarzyskie spotkania poza szkołą, bo skoro nie ma zajęć edukacyjnych, to jest wolne, a skoro wolne, to nie ma szkoły. Dylemat ma jedynie nauczyciel, który podobno ma wtedy święto…

Skończmy wreszcie z tą ściemą i podejmijmy konkretną decyzję. Albo dajmy ludziom się wyspać, albo niech prowadzą zajęcia. Wóz albo przewóz. Dla uczniów bowiem termin „wolne od zajęć edukacyjnych” oznacza wolne w pełnym tego słowa znaczeniu. I tak naprawdę, to uczniowie mają w tym dniu święto, a nie belfer, bo belfer, albo odlicza godziny w szkole, ściągnięty tam przez nadgorliwego dyrektora, albo spięty chodzi po domu, bo przecież jak uczniowi coś się stanie w tym dniu, to powiedzą: „No tak, a nauczyciel nie był w pracy, tylko w domu”. I nieważne, że gdyby był w pracy, uczniowi także by się coś mogło stać, bo uczeń nie był w szkole, tylko gdzieś tam. A gdyby nauczyciel był w pracy, to co by robił skoro nie trzeba uczyć? Tylko niech nikt nie mówi, że miałby wypełniać papiery, bo w swoje święto robić biurokrację… to ja już wolę uczyć.

Oczywiście trzeba tutaj zaznaczyć, że w przedszkolach i podstawówkach muszą być w tym dniu dyżury (ale większość mogłaby mieć wolne), by rodzice mogli mniejsze dzieci zostawić pod opieką. Ale w gimnazjach i szkołach średnich, powinno być powiedziane jasno, albo wolne, albo normalna praca. Niektórzy w tym dniu przychodzą jedynie na akademię, ale to także nie najlepszy pomysł, bo wtedy wszyscy, i uczniowie, i nauczyciele mają poczucie straconego czasu (nauczyciele będą, bo muszą, a połowa uczniów wyjdzie z założenia, że na samą akademię się nie opłaca wstawać i zostaną w domach…). No a jeśli po akademii kogoś przejedzie samochód, to także będzie na belfra, bo przecież wypuścił za wcześnie ze szkoły, choć gdyby nie wypuścił, uczeń i tak by poszedł… Totalny bezsens.

Drodzy urzędnicy Ministerstwa. Proszę na przyszłość pisać jasne przepisy, bo to tak, jakbym powiedział Wam: „Przyjdźcie jutro do pracy, ale nie musicie nic robić”. A pierwsze pytanie, które nasunie się Wam, będzie brzmiało: „No to po co mam przychodzić do pracy?”

A wszystkim nauczycielom życzę dużo siły w zmaganiach z urzędniczymi pomysłami, reformami i szkolną biurokracją. Głównie tego, bo wiem, że z uczniami sobie poradzicie:-)