Czytam dzisiaj w Rzeczpospolitej artykuł: „Podkręcone wyniki z matur” i dowiaduję się, że może nawet 15 000 uczniów zawyżono wyniki, tak, aby mogli zdać maturę. To akurat wiadomo nie od dzisiaj. Dalej czytam, że przewodniczący CKE jest oburzony i mówi o łamaniu prawa… no i tutaj myślałem, że upadnę na podłogę i zacznę tarzać się ze śmiechu. Bo jeśli problem istnieje, to sprawcą tego problemu nie jest zwykły egzaminator, który chce sprawdzić, dorobić i iść do domu, a prawdopodobnie właśnie ci z CKE (albo jeszcze wyżej). A wiem to z kilkuletniego doświadczenia w sprawdzaniu matur, oraz z corocznych relacji koleżanek, i kolegów, sprawdzających matury z polskiego, matematyki (w tych przedmiotach „obowiązuje” próg zdawalności).

Zwykły egzaminator nie ma ŻADNEGO interesu w tym, aby praca przeszła tzw próg zdawalności, czyli w tym przypadku 30%. Każda praca jest anonimowa, więc nie wiemy kogo sprawdzamy i skąd on jest. Egzaminator sprawdza i jeżeli praca jest „progowa” (27-29%) zaczyna się zainteresowanie taką pracą Przewodniczącego Komisji, który daje ją weryfikatorowi, a ten szuka dziury w całym. Kiedyś jeden przewodniczący powiedział mi wprost, że mają „prikaz” z góry by takie progowe prace „wyciągać” do góry, tak, aby delikwent jednak zdał. Bo jaki ma w tym interes Przewodniczący Komisji lub weryfikator? Także żaden. Nie ma żadnego powodu by miał zabiegać o jak największą zdawalność.

Powód mają za to politycy, ponieważ wyniki matur odbijają się szerokim echem w mediach. W oświacie w ciągu ostatnich piętnastu lat dokonano kilku nieudanych reform, na które… wydano wielkie pieniądze. Miał być skok jakościowy, jest ilościowy (coraz więcej na papierze dobrze wykształconych, lecz w praktyce niedouczonych osób). Reformowano na chybcika, eksperymentując, w czasie rzeczywistym, na kolejnych rocznikach młodych ludzi. Eksperyment nie wyszedł, więc trzeba go podrasować w postaci lepszych, niż w rzeczywistości, wyników egzaminów. W końcu… za kilka lat nikt nie będzie pamiętał, kto był sprawcą takiego obniżenia wymagań. Chodzi o to, by „na papierze” dalej było dobrze.

Polecenia płyną więc z góry? Kto je wydaje? Warto się zastanowić. Na pewno jednak wiąże się to z upolitycznieniem wysokich stanowisk, i jak długo tak będzie, tak dalej płynąć będą z góry polecenia. Pokusa, by ubarwić rzeczywistość na korzyść swej opcji politycznej, jest bowiem zbyt duża. Pokusa by zabłysnąć czymś, przed politycznymi przełożonymi, nie do odparcia. Strach, że ktoś z góry się zdenerwuje i da inną osobę na stanowisko, staje się paraliżujący. Dlatego płyną w dół polecenia: „Poprawić rzeczywistość!”. Lekarstwem była by odpartyjniona administracja, której jednak politycy boją się jak ognia, bo obnażyła by ich brak profesjonalizmu i głupotę.

Znając życie, sprawa wycichnie a ci z góry stwierdzą, że jak były nieprawidłowości, to na pewno winny jest litościwy egzaminator, który zaliczył a nie powinien. Egzaminator powie, że przecież mu kazano to zaliczyć, oni, że przecież słuchać nie musiał, on, że inaczej by go do sprawdzania więcej nie wzięto, oni, że jeśli były naciski, to niech egzaminator udowodni to w sądzie. A takie sprawy wygrać niełatwo…