Właśnie przeczytałem, że MEN umywa ręce w walce szkół z telefonami komórkowymi i mówi dyrektorom: radźcie sobie sami. Oczywiście MEN wie, że nie wspierając, skazuje wysiłki dyrektorów, w tym względzie, na nieskuteczne. Bo nawet jeśli dyrektor zacznie „walczyć” z telefonami na lekcji, to przyjedzie ktoś z kuratorium (wezwany zapewne przez nadgorliwego rodzica) i sprawa upadnie. Dyrektorowi, Kuratorium zarzuci, że nie przestrzega prawa, nauczyciel, który sprawę nagłośnił będzie musiał przeprosić ucznia, a uczniowie… po raz kolejny będą zrywać boki, śmiejąc się z niemocy szkoły. Bo szkoła staje się chłopcem do bicia z którym coraz mniej osób się liczy…

A telefony (smartfony) stały się rzeczywiście plagą, czasem uniemożliwiającą normalne prowadzenie zajęć. Mówię to z całą odpowiedzialnością jako nauczyciel już dyplomowany i użytkownik smartfona. Myślę, że w 50% przypadków używanie smartfonów (bo z tymi mamy najczęściej do czynienia, i te oferują najwięcej funkcji) uwarunkowane jest już początkami uzależnienia, które obecnie się już leczy (podobnie jak uzależnienie alkoholem i papierosami). Odbieranie nie ma sensu, bo człowiek musiał by biegać całą lekcję po sali. Smartfony znajdują się na lekcji w różnych dziwnych miejscach, i nawet prośba o wyłączenie i schowanie, kończy się tym, że po pięciu minutach znowu jest włączony w ręku ucznia. Rekwirowanie jest nielegalne.

Oprócz dezorganizacji samej lekcji, smartfon wpływa na odwrócenie uwagi ucznia od tego, co dzieje się na zajęciach, już na lekcji uczeń pracuje na swoje braki, które potem wychodzą na sprawdzianach. Kiedyś mówiło się: „W domu nic nie robi, ale przynajmniej wie to, co usłyszał na lekcji”. Obecnie takie zachowanie przechodzi do historii, bo uczeń w domu dalej nic nie robi a na lekcji bawi się zabawką. Zabawką kupioną zresztą przez rodziców, którzy potem dziwią się, że wyniki nie takie jak być powinny. Inna sprawa, że rodzice, szczególnie mamy, same wykazują cechy uzależnienia od telefonu komórkowego. Tłumaczenie im więc tego, że telefon w rękach ich dzieci jest szkodliwym gadżetem, ma taką samą siłę oddziaływania, jak tłumaczenie palaczowi, że papierosy są szkodliwe. Do uzależnionych argumenty nie trafiają. I nie zgodzę się z argumentem, że ktoś chce mieć kontakt z dzieckiem. To podejście antywychowawcze. Trzymając dziecko „na uwięzi”, ograniczamy jego swobodę, pokazujemy swój brak zaufania, wzmacniamy uzależnienie od rodzica. A może permanentny kontakt telefoniczny z dzieckiem ma zastąpić deficyt kontaktów na co dzień? Taki listek figowy zasłaniający nasze niedociągnięcia w wychowaniu…?

Nie zgodzę się rownież z argumentem, by smartfony wprząc w zajęcia. By korzystać z nich w celach edukacyjnych. Próbowałem, na przedmiotach „luźniejszych”. Nie działa. To tylko wzmacnianie „więzi” z urządzeniem (uzależnienia), i pokusa, by oprócz (lub zamiast) rozwiązania problemu, sięgnąć po więcej (po rozrywkę, rzucić komentarz na fejsie, wysłać SMS-a). Klasy musiały by być max 10 osobowe, aby twórczo użyć tego narzędzia na lekcji.
Tylko czy dla nich jest to jeszcze narzędzie, czy już substytut realnego świata?