Od kilku dni śledzę dyskusję pomiędzy Panią Minister, nauczycielami, i rodzicami w sprawie przerwy świątecznej. Ministra i nauczyciele okopują się na swoich stanowiskach, rodzice na forach wylewają morze żółci. I… niczemu to nie służy, bo to chyba nie jest ten poziom (ogólnokrajowy) do załatwiania tego typu spraw. Przepisy jakie są, wiemy. Istnieją. Ale jak to jest, że jednych miejscach działają, a w innych nie? Bo nie kwestionuję głosów rodziców, którzy twierdzą, że opieki jakaś szkoła nie chciała zorganizować (choć osobiście się nie spotkałem). Ale przecież większość jednak organizuje…

Myślałem nad tym i chyba wiem w czym rzecz. Problem tkwi w komunikacji na linii: rodzice-dyrekcje szkół. Sprawy, które bolą rodziców powinny być załatwiane za pośrednictwem Rady Rodziców lub Rady Szkoły. Na przykład takie, jak nieszczęsna przerwa świąteczna, którą przepisy regulują, trzeba tylko dogadać się i zorganizować opiekę. Kłopot w tym, że Rady często… nie działają. I mówię to zarówno jako rodzic (tu biję się w piersi, bo nie jestem bez winy) i jako nauczyciel (bo obserwuję ich pracę na co dzień). Myślę, że tam, gdzie Rady działają dobrze, tego problemu nie ma.

Rodzice nie palą się do pracy na rzecz szkoły. Przy wyborach rad klasowych często nie wiedzą gdzie patrzeć, bo nie chcą być wybrani, bo nie mają czasu, są zapracowani, bo lepiej, aby zgłosił się ktoś inny. Dlatego w radach pracują często przypadkowe osoby, z łapanki, które chcą przeważnie jak najszybciej wyjść do domu, lub… mają w uczestnictwie w radzie swój interes. Życie.

Idealna Rada powinna organizować życie szkoły, pomagać w zaopatrzeniu w pomoce, w remontach sal, wypowiadać się na temat dni wolnych (dyrektorskich). Ale tak przeważnie nie jest. Jakie są więc nasze Rady? Są rady: „kiedy do domu?”, które godzą się na wszystkie pomysły dyrektora, bo myślami są już poza szkołą. Są też rady: „oczywiście panie dyrektorze”, czyli takie towarzystwo wzajemnej adoracji. A wynika to z tego, że do Rad rodzice się nie palą, jest tam często ten, kto chce, a nie zawsze ten, co potrafi. A w Radzie powinni być ludzie z żyłką do negocjacji… Bo przecież gdy Rada powiedziała by dyrektorowi, że zajęcia opiekuńcze muszą być zorganizowane, to dyrektor NIE MÓGŁ by odmówić, bo złamał by przepisy.

Często ci rodzice, którzy dzisiaj wylewają kubeł pomyj na nauczycieli, że lenie, że nieroby, sami nie palą się do tego by zmienić szkołę swojego dziecka oddolnie, pracując w Radach. Krytykować i oczerniać łatwo, ale problemów tak nie rozwiążemy. A jeśli Rada nie występuje w interesach rodziców, to… należy ją zmienić. Proszę państwa, tak funkcjonuje demokracja, ale… lepiej narzekać… O słabości Rad, świadczy też pusta kasa wielu z nich, bo skoro rodzice nie chcą wpłacać na nie pieniędzy, to znaczy, że nie widzą, gdzie są one wydawane… Rady są często „fasadowe”, to fakt, ale to nie jest wina nauczycieli a rodziców.

A kto jest winien zaistniałej sytuacji? Prawdopodobnie prawda leży gdzieś pośrodku, a problem, jak to często bywa, tkwi w komunikacji… Na potwierdzenie tego zamieszczę pierwszą kompetencję rady rodziców z art. 54 o systemie oświaty:

Występowanie do dyrektora i innych organów szkoły (rady pedagogicznej, samorządu uczniowskiego), organu prowadzącego szkołę (czyli gminy) oraz organu sprawującego nadzór pedagogiczny (czyli kuratorium oświaty) z wnioskami i opiniami we wszystkich sprawach szkoły.

Więc dlaczego rodzice zamiast skorzystać z tego prawa, zawracają głowę Pani Minister? A Pani Minister dlaczego, zamiast odesłać rodziców do wybranych przez nich Rad lub do właściwych kuratoriów oświaty, dolewa tylko oliwy do ognia?