Tyle mówi się w ostatnich latach o młodym pokoleniu, starsi załamują ręce, nauczyciele narzekają, politycy, jak to politycy, starają się ubić na tym poparcie. Mówią, że nieporadni, że stracone pokolenie, że oszukani, że lenie, że mają wygórowane oczekiwania itp. Ciekawy artykuł o tym problemie zamieściła niedawno Wyborcza – wywiad z dr Janem Czarzastym z Zakładu Socjologii Ekonomicznej SGH pt. „Jak zepsuliśmy własne dzieci”.

A przecież dzisiejsza młodzież nie jest ani lepsza, ani gorsza od tej, która była wcześniej. Jest taka, jaką ją ukształtowaliśmy, taka jaką pozwalamy jej być. Taka, jak czasy w których żyjemy. Proste to i nieskomplikowane. Chociaż jednak ani proste, ani nieskomplikowane to dla nas nie jest, bo jeśli tak stwierdzimy, to musimy przyznać się do wielu błędów. A wiadomo, że błędy lubimy wytykać komuś, ale przyznawać się do własnych, już niekoniecznie. A błędy tkwią na każdym niemal kroku.

Niestety w domach, zamiast wychowywać, zaczęliśmy młodych hołubić. Spoglądamy na nasze dzieci przez różowe okulary, realizując poprzez potomstwo swoje, często niezrealizowane, ambicje, traktując często dzieci jak dodatek do własnego wizerunku. Otoczyliśmy młodych gadżetami, których zastosowania sami nie zgłębiliśmy, a które obracają się przeciw nim. Uciekliśmy przed nimi w pracę, w zarabianie pieniędzy, w mityczne zapewnienie dzieciom wszystkiego… niestety oprócz uwagi i zrozumienia. Uczymy ich często w domu gry pozorów, sami burzymy świętości i autorytety, a potem dziwimy się, że oni robią to samo. Nasze kombinatorstwo rodem z PRL-u przetrwało, ma się dobrze i zostało przekazane dzieciom.

W szkole popuściliśmy cugle, uwierzyliśmy, że ten nieukształtowany młody człowiek jest bardziej klientem niż uczniem. A klienta trzeba dopieścić, przymknąć oko na niedociągnięcia, niektóre rzeczy wręcz ignorować (zachowanie), bo przecież to klient, który niezadowolony ucieknie do konkurencji, a to będzie dla nas (szkoły) największa tragedia. Zagubiło się gdzieś nasze powołanie, które powinno na pierwszym miejscu stawiać wychowanie, wiedzę i umiejętności dziecka. Przedkładamy kasę za godzinki, nad dobro dziecka, taka prawda. Wielu z nas stanęło w miejscu, jakbyśmy nie zauważyli, że świat ruszył do przodu i wiele się zmieniło.

Do „psucia” młodzieży przyczynili się w końcu, jak nikt inny, politycy. Kolejne reformy, będące eksperymentem na „żywej tkance”, obniżyły zaufanie młodzieży do państwa. Dokładanie praw, przy jednoczesnym rozmywaniu obowiązków, wpłynęło na obniżenie standardów wychowawczych. Szukanie na siłę sukcesu w edukacji, przez kolejnych ministrów, sprowadziło się do rozdawnictwa dyplomów, byle tylko wskaźniki rosły. A gdy rzeczywistość okazywała się mniej różowa, to obniżano wymagania, aby jej dorównały, nie w górę a w dół, byle tylko jak najwięcej osób przeszło przez sito egzaminacyjne. Jeśli do tego dodać brak konkretnych (pod względem finansowym) systemów stypendialnych dla osób zdolnych (bo te które są, to jałmużna), ciągłe „nagonki” na nauczycieli, oszczędności samorządowców, i brak zachęt finansowych dla pozyskania najzdolniejszych absolwentów uczelni do uczenia dzieci, to widać, że politycy mają się szczególnie czego wstydzić. A najbardziej chyba politycy powinni wstydzić się przed młodzieżą swego zachowania: niezdolności do kompromisu, lekceważenia drugiego człowieka, ignorowania faktów, chamskiego języka, podwójnych standardów, działania pod publiczkę i dążenia do celu po trupach.

Są w końcu media, a za nimi cały przemysł rozrywkowy, które narzucają młodym takie a nie inne standardy i wzorce. Bo przecież dziecko to nie człowiek, tylko temat, oglądalność, raporty sprzedaży, zysk, zysk, zysk. W końcu show must go on.

Czy więc nasza młodzież jest zepsuta? Bzdura. Ona po prostu wpasowała się w ramy, które my, pieczołowicie, przez lata im stworzyliśmy. I stara się w tym wszystkim nie zwariować. Lawiruje pomiędzy młotem oczekiwań rodziców, a kowadłem swoich możliwości. Wpada z deszczu wymagań nauczycieli, pod rynnę warunków, które tworzą jej politycy. Ogląda swe odbicie w krzywym zwierciadle, nastawionych na zysk, mediów. Jest ofiarą naszego gadania o wspaniałych możliwościach, które zderzają się brutalnie z rynkiem pracy na umowie śmieciowej. Nie wybielam jej i nie tłumaczę. Stwierdzam tylko fakt, że młodzi wykorzystują luki, które tworzą im dorośli. A że w naszym kraju wiele rzeczy funkcjonuje na słowo honoru, z przymrużeniem oka, skoro w zasadach panujących w naszym społeczeństwie jest tyle ściemy, to nie oczekujmy, by nasze dzieci były lepsze niż rzeczywistość, która je otacza…