O tym jak czytanie rozwija, trąbi się non stop naokoło. Rzeczywistość jest jednak brutalna. Rośnie nam pokolenie maturzystów i studentów, którzy wychowali się na opracowaniach lektur. Pół biedy gdyby to pójście na łatwiznę, spowodowane było stertami czytanych książek w domu. Niestety, w przeważającej części, nie jest tym spowodowane. Oni po prostu nie czytają. Widać to potem na każdym kroku, widać w każdej oddanej pracy, gdzie oprócz gotowców z internetu, pojawiają się własne „przemyślenia”, widać na egzaminach pisemnych, gdy często okazuje się, że maturzysta, czy student, nie jest w stanie sformułować logicznie brzmiącego zdania (!!!). Słychać podczas rozmowy, bo przecież czytanie rozwija swobodę mówienia, wzbogaca język. Rozmowa z nieczytającą osobą, to taki językowy fast food…

Problem tutaj nie tkwi w szkole, ale w domach. Szkoła miota się, wciskając pierwszoklasistom książki, robiąc zeszyty lektur. A przecież jak dziecko nie zobaczy w domu czytającego rodzica, to nic z tego nie będzie… powieli schemat. Często pogoń za kasą i łatwą rozrywką jest lepszym przykładem, który przejmują od rodziców dzieci. Może na zebraniach z rodzicami, powinno się czytać, po kolei, książki, myślę, że dla wielu byłby to pierwszy kontakt z literaturą od wielu miesięcy lub lat… Jestem złośliwy? Oczywiście. Mijam się z prawdą? Niekoniecznie.

Oczywiście już słyszę głosy sprzeciwu, że przecież książki drogie, że nie ma czasu, że jesteśmy zmęczeni. Same mity. Oczywiście są książki, które kosztują dużo, ale większość oscyluje wokół równowartości kilku piw, flaszki wódki, jest ułamkiem ceny, którą płacimy u fryzjera lub kosmetyczki, jest tym nadmiarem tłuszczu, który zostaje nam co miesiąc po zbyt obfitym jedzeniu. Brutalne? O tak… No i zawsze można po prostu pójść do biblioteki, która jest prawie na każdym osiedlu, a na pewno w każdym mieście. Na wsiach wymyślono w tym celu nawet obwoźne biblioteki. No ale nie mamy czasu i siły… Na pewno? A mamy czas i siłę na pitolenie godzinami przez telefon? Na bezmyślne siedzenie w necie czasu nam nie szkoda? A podczas godzin spędzanych przed TV, wzrok nam się nie męczy? Podczas jazdy autobusem, tramwajem widzę, że jak ktoś chce czytać robi to nawet stojąc, 99% jedzie gapiąc się w ekran telefonu, spoglądając bezmyślnie w szybę, lub nadając przez telefon, ku irytacji współpasażerów, bo co mnie obchodzi prywatne życie jakiejś kobity… Czas nam ucieka przez palce. Jesteśmy leniwi, obrzydliwie leniwi… intelektualnie.

Ile jest domów w których półki zajmują setki bibelotów a książki tam nie uświadczysz? A przecież bez czytania książek, artykułów, opinii, nie będziemy nawet w stanie zrozumieć otaczającego świata. Nie będziemy wrażliwi na los drugiego człowieka, na problemy planety. Staniemy się konsumentami masowej „kultury”, której książki nie są potrzebne. Żyjemy w zalewie informacyjnej, jałowej papki, którą serwują nam dzisiejsze media, w ofertach TV kablowych takie kanały dominują. Nie mamy zdania na wiele ważnych kwestii, a nawet jak mamy, to nie potrafimy go uzasadnić, o czymś podyskutować, bo do tego potrzebna jest przecież wiedza. Żyjemy w świecie w którym tysiące nieczytających neandertalczyków, nie rozumie tego co dzieje się wokół nich… Dlatego dzisiejszymi ludźmi tak łatwo sterować, dlatego nie jest na rękę politykom, by ludzi więcej czytali, by się kształcili, stąd pauperyzacja wiedzy, wieczne oszczędzanie na edukacji. Tylko do czego to prowadzi?

Czytanie musi stać się znów modne. Ludzie tego świadomi, specjaliści od PR, powinni o tym pomyśleć kształtując wizerunki gwiazd, sportowców i celebrytów. A ci powinni pamiętać o tym, wiedzieć, że często bardziej niż nauczyciele, kształtują gusta i nawyki przeciętnych ludzi. Może wtedy media, zamiast robić sensację z tego, że jakaś „sroda” znowu nie założyła majtek, zrobi sensację z tego, że w parku siadła na ławce i zaczytuje się jakimś tytułem. Że prezydent zamiast ze strzelbą, poszedł do lasu z książką, aby poczytać w spokoju. Tylko że media już dawno przestały robić to, do czego zostały pomyślane, już dawno pieniądze przesłoniły im wszelki horyzont, a specjaliści od PR są na takim samym poziomie jak media, dla których pracują. Takie czasy, w których w największej w Polsce księgarni, sprzedaje się tony badziewia, bo dla samych książek, to wielu już nie chce wejść. Może jeszcze wprowadzić piwo i kiełbasę? Wtedy może książka się przyda… by papierem obetrzeć gębę.