Czyli komentarz do raportu OECD. O tym, że w Polsce trzeba ekspertów z zewnątrz, by media zauważyły problem sygnalizowany od lat przez nauczycieli, psychologów, i rodziców…

Ileż sam się naprodukowałem na tym blogu, pisząc o bzdurnych posunięciach naszych władz, dlatego wnioski z raportu OECD, mnie zupełnie nie dziwią. Dziwi mnie natomiast nagłe zainteresowanie rodzimych mediów, bo skoro OECD mówi, to jest prawda, a jeśli nauczyciel (który jest najbliżej dzieci) mówił o tym od lat, to na pewno leń i nierób, a mówi tak, bo wiecznie mu się nie chce… A co? Nie było tak drodzy dziennikarze?

Ale zacznijmy od początku. Koniec lat 90-tych, reforma gimnazjalna. Poszatkowanie całkiem dobrego systemu. Nauczyciele grzmią, że będzie za mało czasu, bo etapy 3-letnie (czyli faktycznie 2,5 letnie), więc jeszcze się nie zacznie, a już trzeba będzie kończyć. Grzmią, że skrócenie szkoły średniej spowoduje gorsze przygotowanie do matury i studiów (czyli to, co mamy teraz…), a poszatkowanie zniszczy planowość i systematyczność pracy. Psychologowie grzmią, że w jednym worku znajdą się najgorsze pod względem wychowawczym roczniki, czyli ostatnie dwa z podstawówki i pierwszy ze średniej, co przyniesie problemy. Przyniosło. Młodzi poczuli się zbyt dorośli i niezależni, wydostali się spod oka wychowawców, którzy ich znali od dziecka, a nie mieli jeszcze nad sobą „wychowawczej” ręki 18-19 letnich kolegów. Zaczęło się chojraczenie. A wystarczyło… zmodyfikować programy, szkolić nauczycieli i dofinansować wyposażenie (no ale to nie było by tak spektakularne)

Mijają lata, co roku dokładają jakieś zmiany, czasami we wrześniu nie wiem co powiedzieć maturzystom, bo nie wiem jakie będą zasady na maturze w maju. Eksperyment jest prowadzony na „żywej tkance”. W końcu po kilku latach wypracowujemy sobie metody pracy (bo tyle to trwa, a żaden polityk nie przyzna dzisiaj, że pierwsze lata pracy z gimnazjalistami, to była radosna twórczość i prowizorka…). Oswoiliśmy reformę, można pracować. Aż tu nagle…

Pani Hall ogłasza rewolucję w oświacie, mimo że nie poznaliśmy jeszcze efektów poprzedniej reformy (bo pierwsze konkretne wnioski tak wielkiej operacji przychodzą po kilku latach, ale tego politycy nie chcą wiedzieć, i to tacy niby wykształceni…). Rozwala to, co wypracowaliśmy, a to wszystko w szalejących kłopotach oświaty, związanych z niżem demograficznym. Nauczyciele grzmią, że wiedza zdobyta w gimnazjum, nie zostanie powtórzona w średniej, że wiele przedmiotów zakończy się w 1 klasie szkoły średniej, że wprowadzone w zamian „niematuralne”: przyroda oraz historia i społeczeństwo, sprowadzone zostaną do rangi wf-u albo przysposobienia obronnego. Psychologowie i rodzice martwią się, że 16 lat to za wcześniej, by decydować o specjalizacji, skoro takie decyzje często podejmowano dopiero w wieku 19 lat. Uczniowie są skołowani i wkurzeni, znów eksperyment na „żywym organizmie”. A wystarczyło dać wsparcie wychowawcze, obniżyć liczebność klas (bo „cyfrowe” pokolenie nie nauczy się już nic w 25-30 osobowych). Ale po co? Ważniejszy był efekt medialny i oszczędności. A na deser… obecna ministra…

Piszę to, bo jestem wkurwiony (przepraszam za wulgaryzm, ale zdenerwowany, to za małe słowo). Przede wszystkim na polityków, że „lekką ręką” bawią się przyszłością dzieci (także moich, a więc podwójnie wkurwiony). Na dziennikarzy, bo szukają czasami igły w stogu siana, nie widząc leżących obok wideł. Także na moje koleżanki i kolegów, że nie potrafiliśmy się zbuntować, tylko jak te barany nadstawialiśmy łeb pod nóż… Nie jestem wkurwiony na uczniów (mimo, że za mało się uczą;-)), bo oni są ofiarami tego reformatorskiego bajzlu.