Jarosław Bloch

CO Z TĄ EDUKACJĄ?

Religia w szkole – komu to służy?

Ostatnimi czasy sporo pisze się i mówi o nauczaniu religii w szkołach. Coraz częściej dyskusja ta zaczyna przypominać mi spór o to jaka ma być nasza wiara. Mam wrażenie, że spór o religię w szkołach coraz mniej obchodzi ludzi już zlaicyzowanych (dla nich uprzedmiotowienie religii jest nawet na rękę), a staje się powoli sporem wewnątrz kościoła. Coraz częściej pada pytanie: czy szkoła jest odpowiednim miejscem dla nauki religii? Spoglądam na to nieco z boku i niejako z dwóch stron, bo sam mam dzieci w szkole, i uczę w szkole.

Mam także prawo o tym pisać, bo jestem pokoleniem, które wyrwano z salek katechetycznych i posadzono w ławkach szkolnych, z księdzem jako nauczycielem. I nikt nas o zdanie nie pytał, ot taki eksperyment, który, w moim przypadku, kościołowi nie wyszedł… Przyznam otwarcie, że religia w szkole była jednym z czynników które „odepchnęły” mnie od kościoła. Pamiętam religię w salkach. Czuło się bliskość parafii, spotykało się ludzi których znało się z podwórka, z którymi się dorastało. Wiedziałem kto jest proboszczem, znałem księży, nie byli to dla mnie anonimowi ludzie. Kontakt z parafią urwał się wraz z porzuceniem salek katechetycznych… Ktoś mógłby tutaj powiedzieć „przecież gdybym chciał, to…”, tak, ale nie chciałem, należałem do ludzi, których należało przyciągnąć, jak zresztą większość. Religia w szkole nie przyciągała…

Religia w szkole była dla mnie szokiem, bo szkoła wydawała mi się ostatnim miejscem, gdzie chciałbym zgłębiać swą duchowość. Ktoś nie pomyślał, że szkoła dla młodego człowieka nie jest miejscem w którym otwiera się na swoje duchowe problemy. Jest raczej miejscem, gdzie trwa walka o przetrwanie, o akceptację, gdzie często gra się jakąś rolę, niekoniecznie uzewnętrzniając się. Dlatego religia w szkole nie miała szans od początku. Wciśnięta pomiędzy przedmioty, uprzedmiotowiła się, stała się dłuższą przerwą, chwilą wytchnienia, po lub przed matematyką. Czymś jak wf lub przysposobienie obronne, czyli czymś co jest, ale nie traktuje się tego do końca poważnie.

Tak zastanawiam się, czy wśród tylu mądrych głów w Kościele Katolickim, nikt nie dostrzegł, że nie będzie to prosty powrót do tego co było? Czy nikt nie dostrzegł, że czasy już nie te? Że Polska, tak jak cała Europa Zachodnia, będzie się laicyzować, i najgorszą rzeczą którą można zrobić, to narzucić młodym ludziom swoją, jedynie słuszną, wizję? Bo przecież już w latach 90-tych sam kościół powinien zauważyć to, że taka postawa nie wyjdzie mu na dobre, że globalizacja i konsumpcjonizm będą wysysać wiernych z kościoła, i nie zatrzymają ich tam zakazy, a dialog i dawanie przykładu. Ocalałeś nie po to aby żyć, masz mało czasu, trzeba dać świadectwo! – pisał Herbert. I choć słowa te napisane były w innym kontekście, to czy kościół ocalał z PRL tylko po to by żyć? Czy hierarchowie dali świadectwo?

O co chodziło hierarchom? Czy nie zauważyli, że nie tędy droga? A może oślepieni swymi sukcesami po upadku PRL, nie zwrócili uwagi na tak istotną rzecz jak przyciągnięcie młodzieży. Może stwierdzili, że młodzież ma być posłuszna i już? Stwierdzili, że ci młodzi zdania nie mają? A przecież nawet Jan Paweł II spędził kawał życia, wychowując młodych ludzi, bo wiedział, że oni są przyszłością kościoła. Dlaczego jego spadkobiercy tak łatwo o tym zapomnieli? Uwierzyli, że wszystko załatwi religia w szkole… A w latach 90-tych młodzież okazała się tematem trzecioplanowym, gdzieś za umacnianiem wpływów, odzyskiwaniem majątków, i obecnością w polityce. Niestety kościół poszedł na ilość, nie na jakość. Bojąc się odpływu młodych ludzi z salek katechetycznych, wybrał trwanie w ułudzie, z pełnymi salami w szkołach.

Bo w szkołach szło się na religię z rozpędu. Człowiek miał na głowie inne problemy niż zastanawianie się nad zasadnością nauki religii w szkole. Zresztą, można było na zajęciach religii odpocząć, spisać zadanie, nauczyć się na kolejną lekcję. Bo kwitła kolejna postawa naszych czasów – konformizm, odziedziczony po PRL, lepiej się nie wychylać, bo nie wiadomo co będzie, a babcia, bez kościelnego ślubu, nie przepisze mieszkania… Tylko co to za nauka religii? Gdzie mury kościoła zachęcające do kontemplacji?

Inna sprawa, to przygotowanie księży, którzy byli przygotowani na pracę z parafianami, których znali w drugim, a czasem w trzecim pokoleniu, ale nie byli przygotowani na pracę z klasą w szkole, zbieraniną uczniów z różnych szkół, dzielnic i środowisk. A to nie to samo… Zostali wetknięci w sam środek szkolnej dżungli przez hierarchów, którym się wydawało. Czasami było mi ich żal.

Mijały lata, z ucznia stałem się nauczycielem, chyba niezłym, mającym dobry kontakt z młodzieżą, dlatego zawsze dużo mi opowiadali o swoim stosunku do religii. Kościół w tym czasie okopał się na swych pozycjach, katecheci i księża stali się moimi koleżankami i kolegami z pracy. Spojrzałem z drugiej strony na ten problem. Zobaczyłem też (po dobrych kilku latach przerwy) zlaicyzowaną młodzież z drugiej strony, która sacrum na religii w szkole w większości już nie zauważała, widzieli mało ważny przedmiot. Wtedy dotarło do mnie to, że kościół, wprowadzając religię do szkół, strzelił sobie w kolano. Frekwencja na religii spadała, oceny dawano za samą obecność, byle ktoś przychodził, rekolekcje wielkopostne (na które nawet ja kiedyś uczęszczałem) stały się okazją do zrobienia sobie wolnego. Nawet prawo obróciło się przeciwko, bo młodzi wiedzieli już, że religia obowiązkowa nie jest. No a przecież ksiądz w szkole, to niekoniecznie ta osoba, która mogłaby zadbać o naszą sferę duchową, skoro trzeba było szybko biec na matematykę.

Moje, laicyzujące się pokolenie zaczęło mieć dzieci. Wielu znajomych na pytanie po co posyła dzieci na religię, skoro sami do kościoła nie chodzą i przykładu nijakiego nie dają, odpowiadało bardzo pragmatycznie i pedagogicznie: by dzieci nie czuły się wykluczone z grupy, bo przecież małe dzieci są okrutne i każde odstępstwo może zakończyć się wyrzuceniem ze „stada”. Inni stwierdzali, że babcia nie zrozumie. Tylko czy to jeszcze religia czy kunktatorstwo?

Po ćwierćwieczu nauki religii w szkołach powinno się w końcu powiedzieć SPRAWDZAM. Powinniśmy spojrzeć prawdzie w oczy i zgodnie z nauką Franciszka wrócić do korzeni, odbudować parafie, bo kościół powinien być silny parafiami, ludźmi. I odważnie spojrzeć w oczy prawdzie, bo może okazać się, że do salek przyjdzie połowa tych, którzy chodzą na religię w szkole. Ale by do tego dojrzeć, trzeba zapytać się w końcu PO CO nauczamy religii? Czy liczą się tylko statystyki zapisanych na religię, czyli wg hierarchów „wierzących”? No to niech będzie jak jest. Episkopat będzie zasypiał spokojniej. A może, aby kościół tworzyli ci, którzy naprawdę wierzą i chcą tworzyć wspólnotę? Może dla takiego kościoła warto rzucić karty na stół, powiedzieć sprawdzam i spojrzeć prawdzie w oczy? Zobaczyć ilu przyjdzie do salek, po ćwierćwieczu nauki religii w szkołach?

Kiedy w końcu do władz kościoła dotrze, że prawdziwy problem to rozdźwięk między kościołem fasadowym a kościołem tworzonym przez żywych ludzi? Kiedy dotrze do nich, że w sporze o religię w szkołach, mogą przegrać wszystko?

2 kommentarer

  1. Dzięki wielkie, mnóstwo czasu zajęło mi szukanie na innych stronach wpisu poruszającego ten temat.
    Niezwykle szczegółowo a jednocześnie w mało skomplikowany sposób wytłumaczone zagadnienie.
    Polecam zainteresowanym.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

*