W naszym systemie edukacji wiele rzeczy mnie drażni. Ale najbardziej drażni mnie wymuszona i nienaturalna poprawność polityczna, która sprawia, że nie możemy niektórych rzeczy nazwać po imieniu. Ta poprawność polityczna łamie wielu uczniom życie. Tak tak, nie przesadzam. W końcu najgorsze co możemy zrobić, to w imię poprawności politycznej nie powiedzieć komuś jak jest naprawdę. Najokrutniejsze jest, gdy nie mówimy komuś prawdy, nawet jeśli jest ona brutalna. A dzieje się to nagminnie.

Jak świat światem, zawsze istnieli na nim mądrzejsi i głupsi, tak samo jak silniejsi i słabsi, jak bogatsi i biedniejsi, i nie mógł zmienić tego żaden cesarz, król, dyktator, czy też demokratycznie wybrany przywódca. Tymczasem w naszej edukacji robimy wiele, aby zapomnieć o tej prostej prawdzie. Kłamiemy, że wszyscy mają równe szanse, że każdy może osiągnąć wszystko. Nieprawda.

Oczywiście na starcie szanse są prawie równe, ale na tym równość się kończy. Napisałem prawie, gdyż niektóre matki nawet w okresie ciąży intensywnie pracują nad tym aby ich dziecko już na starcie zostało w tyle, pijąc, paląc, nie chodząc na badania. Ale nawet te dzieci, które wydostały się z brzucha matki zdrowe, od samego początku stykają się z niesprawiedliwością tego świata. Wszak jedni rodzice dbają o rozwój dziecka, a inni tylko dają jeść, jedni spędzają z nim czas, inni podrzucają nianiom, jedni dbają o zbilansowane pożywienie, inni od małego karmią fast-foodami i chrupkami, jedni czytają książeczki, inni sami czytać ledwo umieją… W efekcie na starcie do szkoły różnice w wychowaniu i nabytych umiejętnościach, widać jak na dłoni. Zaryzykował bym stwierdzenie, że jeśli przedszkole (do którego przecież wszystkie dzieci nie chodzą) i edukacja wczesnoszkolna tych różnic nie zasypie, to dalej nie ma sensu się męczyć. Pies jest pogrzebany. Zamiast wmawiać temu zaniedbanemu gimnazjaliście lub licealiście, że może wszystko, powinniśmy mu raczej stworzyć warunki, aby odnalazł się w tym świecie i był szczęśliwy. Nie czarujmy się, wyrównywanie szans edukacyjnych w trzydziestoosobowych klasach, to żart MEN. A dzielenie młodzieży na słabszych i lepszych, to prawie przestępstwo przeciwko poprawności politycznej, na której zbudowana jest dzisiejsza Europa… A przecież miarą szczęścia nie jest pójście do liceum, gdzie takiego ucznia (z wieloletnimi zaległościami) wszystko przerasta. Może lepiej mu pokazać, że istnieją alternatywy w postaci szkół zawodowych, kursów itp. Szybciej się w tym odnajdzie, będzie zdrowszy psychicznie i może… bogatszy. A na naukę czas jest zawsze. Jeśli w którymś momencie życia zaległości nadrobi, może naukę kontynuować…

Do szkół średnich uczęszczają często osoby, które mają zaległości jeszcze z podstawówki. Męczą się strasznie, mają rozbudzone aspiracje, lecz w głowie niewiele. Zaburzają oni cały tok pracy na poziomie maturalnym, ze szkodą dla tych… którzy zaległości nie mają. Ci słabi nie są w stanie dorównać najlepszym, a ci i tak są najlepsi, więc się nie przemęczają, zatrzymując się wpół drogi swojego rozwoju. Czyli system promuje bylejakość. Produkt końcowy jest więc niedorobiony, nawet, gdy materiał wyjściowy był świetny… Przetrąciliśmy brutalnie szkolnictwo zawodowe, wszyscy więc mogą zdać maturę, skończyć studia i poprawić w ten sposób mniemanie o sobie… A ja… cóż… Nie mogę, przez poprawność polityczną, powiedzieć bęcwałowi, że jest bęcwałem, chamowi, że jest chamem. A już broń boże nie mogę tego powiedzieć jego rodzicom przekonanym, że ich dziecko, przelatujące dotąd przez dziurawe sito systemu edukacji, jest genialne, a powinno wrócić do piątej lub szóstej klasy podstawówki, lub do pierwszej klasy gimnazjum, bo od tego etapu ma zwykle zaległości… A powinienem. Bo lepsza brutalna prawda, niż kłamstwo. Lepszy człowiek, który zdaje sobie sprawę ze swych braków, aniżeli idiota, który myśli, że jest geniuszem.

Niedawno dziennikarz – Filip Chajzer – pokazywał ludziom symbol SS, symbol mający długą historię, używany ostatnio przez zbrodniczą organizację w faszystowskich Niemczech. Podobno niewielu ludzi kojarzyło ten znak, ale mnie to ZUPEŁNIE nie dziwi… Bo skoro ludzie nie wiedzą jak zorganizowane jest państwo w którym żyją, nie wiedzą kto z nami tworzy UE, nie znają historii, więc nie wiedzą skąd dzisiejsze napięcia i konflikty w Europie, nie znają dawno odkrytych praw rządzących naszym środowiskiem, to dlaczego mieli by wiedzieć akurat to? Nie wiedzą, bo przecież nie trzeba, w końcu wszystko jest teraz w internecie.

Doszliśmy do jakiegoś krytycznego punktu w rozwoju naszej cywilizacji, w którym ludzie otoczeni techniką zawierającą całą dotychczasową wiedzę, wiedzy tej nie znają, dziwią się jej lub starają się odkryć już dawno odkryte. A szkoła stoi obok, rumieniąc się ze wstydu, bo jej powolne biurokratyczne tryby, nie są w stanie tego zmienić. Nie jest nawet w stanie nazwać rzeczy po imieniu.