Jeszcze raz przekonuję się, że powiedzenie „jeśli nie wiesz co zrobić – zrób cokolwiek” jest prawdopodobnie nadrzędną dewizą MEN. W czasach gdy polskiej oświacie potrzebny jest spokój i działania zmierzające do naprawy błędów reformujących ją (przez ostatnich 15 lat) polityków, MEN brnie dalej, miesza niemiłosiernie, komplikuje to, co jeszcze nie jest skomplikowane. Sensu w tym mało.

Takim działaniem pozornym, wpisującym się w strategię MEN jest wprowadzenie ocen opisowych (funkcjonujących dotychczas w kl. 1-3) dla wszystkich poziomów nauczania. Choć jest to rozwiązanie opcjonalne, pytam się PO CO? Przecież z oceniania opisowego starają się nawet wybrnąć nauczyciele nauczania wczesnoszkolnego wprowadzając literki od A do D, by rodzic mógł zrozumieć czy dziecko potrafi czy nie. Mało tego, w ocenianiu opisowym posługują się często gotowymi szablonami, gdyż do każdej oceny napisać zindywidualizowany opis byłoby czasowo niemożliwe (stąd literki). W końcu od czego są konsultacje z rodzicami, na które rodzic może przyjść i zapytać o szczegóły, jeśli po lekturze zeszytów i ćwiczeń jeszcze nie wie.

Po co taka ocena na wyższych poziomach? Nie wiem. Przecież powinniśmy uczyć młodego człowieka autorefleksji. Sam na podstawie oceny liczbowej, uczestnicząc w zajęciach i wiedząc czego jest uczony, powinien bez problemu dojść do tego co potrafi, a czego nie. I TAK SIĘ DZIEJE! Nasi uczniowie to nie idioci! Jeśli nie będą wiedzieli za co dostali ocenę, to podejdą i zapytają (co przecież się dzieje obecnie). Ocena opisowa stwarza za to pole do popisu dla nadgorliwych dyrektorów i rodziców, aby jeszcze dowalić papierologii. Przecież zbyt mało mamy biurokracji… No i rodzi się kolejny papier do kontrolowania przez Kuratoria. Polska Rzeczpospolita Biurokratyczna… Na szczęście większość rodziców myśli zdroworozsądkowo i wystarczy im prosta informacja w skali od 1 do 6.

Chociaż… właściwie dlaczego by nie? Będę robił opisówki, tylko niech klasa liczy 10 osób… Robienie opisówek w klasach 20-30 osobowych to fikcja, nie ma na to czasu. No chyba, że MEN zapłaci za nadgodziny. Oczywiście napierniczam się teraz z MEN w żywe oczy, bo ani 10 osobowych klas, ani nadgodzin nie będzie. Powstaje kolejny martwy przepis, powstaną kolejne gotowce, zużyte zostaną tony papieru, zadowolony zostanie urzędnik, który będzie miał poczucie, że coś zrobił (choć w rzeczywistości zepsuł).

No chyba że MEN chciał w ten sposób podnieść poziom polskiego czytelnictwa, gdyż wg badań czytamy mało i preferujemy teksty bardzo krótkie, jednozdaniowe. Ale żeby uczyć naród czytać na ocenach opisowych? Tego nawet Stalin by nie wymyślił.