Na temat sklepików szkolnych już kiedyś pisałem (Sklepiki szkolne pod specjalnym nadzorem – 7.02.2014). I przestrzegałem, że odgórne zakazy problemu nie rozwiążą. Dzisiaj mogę tylko powiedzieć: I nie mówiłem? Fala oburzenia w necie, na szkolnych zebraniach, otwarte listy rodziców… Choć zawsze byłem za poprawą sposobu żywienia dzieci i z przerażeniem spoglądałem na wyładowane wszelkim słodkim badziewiem sklepiki szkolne, to w przepisach Ministerstwo chyba się nieco zagalopowało. A przecież wystarczyło tylko trochę rozsądku…


I nie chodzi mi tu o los sklepikarzy. Ci w większości mają to na co zasłużyli, kusząc i tucząc przez lata nasze dzieci najgorszym świństwem. Bardziej chodzi mi o to, że zmiana jest zbyt drastyczna, szczególnie w kwestii żywienia w stołówkach szkolnych. Bo nie ma nic gorszego by zniechęcić dzieci do jedzenia obiadów, których przygotowanie jest teraz obarczone tyloma zakazami. Nie rozumiem dlaczego nie mogą zjeść na obiad makaronu z serem i cukrem, albo kupić w sklepiku białej bułki (sam takie jadam, bo po ciemnym pieczywie… ech szkoda gadać). Przecież jeść można wszystko byle nie przesadzać z ilością i byle dziecko miało ruch. A kupowany hurtowo miód, którym teraz trzeba słodzić, jest w dzisiejszych czasach podejrzany (szczególnie ten „spoza UE”). Urzędnicy nie pomyśleli, że rewolucyjne zmiany często kończą się klapą, że lepsza jest metoda małych kroczków, zmian stopniowych (które należało zacząć oczywiście od sklepików) połączonych z edukacją rodziców, kampaniami informacyjnymi w mediach, a nawet wyższą składką na NFZ dla tych, którzy doprowadzają swoje dzieci do otyłości. Za szybko, bez zastanowienia, bez oceny skutków, szabelka w dłoń i huzia na Józia! Skąd my to znamy… kojarzy mi się to z wszystkimi reformami w oświacie w ciągu ostatnich lat. Bo jak słusznie zauważył jakiś dorosły już uczeń szkoły średniej, że w szkole nie może kupić kawy, a obok szkoły może nabyć wódkę. Czyli efekt wizualny w szkołach jest, a problem pozostał niezałatwiony.

Mam wrażenie, że Ministerstwo chciało być bardziej papieskie od papieża. Skończy się to tym, że dzieci kupią sobie słodycze w drodze do szkoły, a obiad wyrzucą do kosza. Bo przecież żywienie w domu się nie zmieniło, a to tam kształtowane są nawyki, z którymi dzieci idą do szkoły. Przecież ten kto dotąd dawał dziecku 2 zł na drożdżówkę, zamiast zrobić mu kanapkę, dalej będzie to robił z tym, że dziecko kupi ją w sklepie obok (tym obroty wzrosną). Tylko dziwię się, że to co jest oczywiste dla nas na dole, jest nie do zrozumienia dla urzędników MEN, zamkniętych w wieży z kości słoniowej, gdzie głos rozsądku dociera tak rzadko.