Ilekroć sięgam po Gazetę Prawną, mam wrażenie, że obraz polskiej szkoły jest fatalny. Teraz wyczytałem, że nauczyciele podstawówek i gimnazjów potrzebują korepetycji (http://serwisy.gazetaprawna.pl/edukacja/artykuly/898668,polscy-nauczyciele-podstawowek-i-gimnazjow-potrzebuja-korepetycji.html), bo wg badań wykładają się na prostych rzeczach (tylko dlaczego w innych badaniach – PISA – jest tak dobrze, skoro jest tak źle…). No cóż… gdybym był złośliwy to powiedziałbym też dwa słowa… Ale będę pisał o nauczycielach. A temat mnie ciekawi bo sam mam dzieci w podstawówce, jestem więc bezpośrednio zainteresowany.

Co więc zrobić by 1-3 nie było „rzeźnią talentów”? W artykule w GP jako winny przedstawiony jest sam nauczyciel. Nieefektywny i archaiczny belfer – kat, czyhający na nasze dzieci, uff… dobrze, że moje dzieci takich dotąd nie miały. Ale nie tylko on tworzy tę rzeźnię. Jednak nie wymieniono tam innych powodów tej „rzeźni” jak chociażby: przepełnionych klas, biurokracji ważniejszej od ucznia, paraliżu prawnego nie pozwalającego podejmować skutecznych działań wobec dzieci, oszczędności samorządów, wszechobecnej „gadżetomanii” tworzonej przez rodziców (patrz poprzedni post), malejącej ilości czasu spędzanej przez rodziców z dziećmi, oszczędnościach na personelu i pensjach nauczycieli. A szkoda. Obraz byłby pełniejszy, a sam artykuł mniej tendencyjny. Bo jakiś problem jest, owszem, ale po lekturze GP można wręcz odnieść wrażenie, że jak zmienią się nauczyciele to będzie pięknie, a wszystkie problemy rozwiążą się same. Raczej nie.

Choć oczywiście nauczyciele są tutaj ważni, bez nich nic się nie uda (o czym politycy w ostatnich 20 latach nagminnie zapominali). Przed napisaniem tego posta przeglądałem oczywiście programy nauki na studiach „edukacja wczesnoszkolna”. Z doświadczenia wiem, że na te studia idą raczej osoby niezbyt kochające matematykę (o której było w artykule sporo). Zastanówmy się więc czy studia kształcące nauczycieli są dobrze zorganizowane. Tutaj chyba coś faktycznie nie gra. Są krótkie, a ich tematyka rozmyta (jak to na naszych polskich uczelniach pracujących na ilość, a nie jakość). Istotnie, może przydało by się na kierunku edukacja wczesnoszkolna więcej matematyki, ale nie takiej wykładanej przez mądrale z uczelni (bo tacy dziecka w wieku 6-9 lat w sytuacji szkolnej, to często nawet nie widzieli), ale przez najlepszych nauczycieli nauczania wczesnoszkolnego, praktyków, którzy wcielają swe pomysły w życie w warunkach polskiej szkoły państwowej (nie prywatnej, nie zakładu dydaktyki z uczelni, bo ci są często oderwani od rzeczywistości). A co, niech sobie dobre belfry dorobią. Ale już widzę jak korporacja uniwersytecka protestuje, że przecież to oni wiedzą najlepiej (w teorii oczywiście). Trzeba by zmodyfikować cały system praktyk, które teraz są w dużej części fikcją. Niech nie odbywają się w przypadkowych miejscach (fakt… pod okiem nie zawsze najlepszych nauczycieli), a w ośrodkach referencyjnych, gdzie pracują ci, którzy mają najlepsze pomysły i zapał (i niech tym ludziom za te pomysły i zapał zapłacą!!!). Niech za tymi studentami idą realne pieniądze, nie tak jak teraz kilkadziesiąt złotych na rękę za kilkumiesięczną opiekę nad studentem. Przecież nawet IDIOTA by się domyślił, że dzisiejsza praktyka jest adekwatna do tych groszy, które na nią idą (kilkumiesięczna pozostaje więc na papierze). IDIOTA wie, MEN chyba nie. Przecież takie porządne wprowadzenie studenta do zawodu to co najmniej pół etatu dodatkowej pracy przez cały rok, którą teraz opiekun robi w ramach… własnego etatu (nic dziwnego, że patrzy na studenta jak na wrzód na d…). Może by tak rok obowiązkowych praktyk (jedynie praktyk), taki „przedstaż” płacony jak stażyście, gdzie młody kandydat na nauczyciela dostawał by klasę i pracował pod obserwacją drugiego nauczyciela (który robił by tylko to, a nie rzucał okiem „przy okazji”). Wtedy młody nauczyciel zobaczył by czy się nadaje do tego, czy też powinien dać sobie spokój. No ale trzeba by płacić dwóm osobom – oj… niezgodne z polityką oszczędności. No i wreszcie: zapłaćmy porządnie nauczycielom, by posada belfra w klasie 1-3 była tak atrakcyjna, że młodzi zabijali by się by takową dostać (na razie mogą dorobić się najwyżej raka gardła, więc jak niby selekcja do zawodu ma być pozytywna?). Kasa misiu, kasa – powiedział by nasz znany trener piłkarski.

Chciałbym aby w końcu nasi politycy i ekonomiści wypowiedzieli się na temat kasy jaką mogą na oświatę poświęcić. Bo jak nie dadzą na to wszystko kasy, to mówimy (i piszemy w gazetach) o niczym. Pierniczenie dla pierniczenia. A kredy i tablicy proszę tak szybko nie skreślać. Sam coraz częściej wracam do kredy (koniecznie w różnych kolorach), do rozdawanych karteczek, jako do metod bardziej kreatywnych niż cyfrowa rzeczywistość naszych dzieci. Bo większość kreatywnych metod opisywanych w metodyce w ostatnich latach, funkcjonowała już dawno, w epoce kredy i tablicy, choć tak mądrze się wtedy nie nazywała.