Śledząc doniesienia prasowe ostatnich dni, czuję się jakby zafundowano mi równanie z wieloma niewiadomymi. Pech chciał, że jestem nie tylko rodzicem, lecz także belfrem, więc ilość niewiadomych jeszcze większa. Ilość postulowanych zmian jest spora: zmiana etapów kształcenia (6-latki, gimnazja), zmiany programowe (nowe podręczniki i cała dokumentacja), zmiany w egzaminach (test szóstoklasisty, no i nowa matura skoro szykują się zmiany w programach), zmiany w kuratoriach…

Jako rodzic zastanawiam się, ile lat moje dzieci będą jeszcze chodzić do szkoły podstawowej? Czy ominą ich gimnazja? Jakie będą zdawać egzaminy? Czego ich będą uczyć po zmianach programowych? To ważne pytania, bo dziećmi (i ich szkołą) rodzice przeważnie żyją.

Jako nauczyciel zastanawiam się, na ile godzin mogę liczyć? Czy w ogóle wystarczy dla mnie pracy po reorganizacji? Czego będę uczył i z jakich podręczników? Co zmieni się w egzaminie maturalnym? Kogo będę uczył i gdzie? To ważne pytania, bo to moja praca i dochód, wg którego planuję przyszłość swojej rodziny.

Czuję się jak podczas rewolucji, albo po jakiejś wojnie. Chaos. Coś tam mówią, nie wiadomo co zrobią, nie wiadomo na co wystarczy pieniędzy, nie wiadomo czy następni tego nie zmienią… Zastanawiając się nad moimi niewiadomymi, przestaję się dziwić ludziom, którzy mają tego kraju dość. A to tylko niewiadome w sferze edukacji…