Zawsze byłem uczony, że wszystkie nasze działania wywołują określone konsekwencje, z którymi musimy się liczyć. Utwierdziły mnie w tym studia geograficzne. Tam dobitnie udowadniano nam, że czasami z pozoru niewielkie oddziaływanie, może wywołać szereg różnych, daleko idących następstw. Dlatego obecna, radosna twórczość ludzi odpowiedzialnych za oświatę niepokoi mnie, a coraz częściej zaczyna przerażać… Bo przecież po każdej imprezie trzeba w końcu posprzątać i podliczyć koszty…

Nikt tu chyba nie myśli o tym, że pracujemy nie na modelu teoretycznym, nie na modelu komputerowym z wirtualnymi ludzikami, lecz na żywej tkance, konkretnych tysiącach dzieci i młodzieży, determinując w ten sposób ich przyszłe losy. Pomysły sypią się jak z rękawa, tych przesunąć, tamtych zostawić, tu wydłużyć, tamtym sypnąć groszem. Nikt nic wcześniej nie obliczył, żadnych gotowych symulacji kosztów, wszystko liczone w czasie rzeczywistym, bez refleksji czy starczy, gdy na przykład założenia wzrostu gospodarczego będą ociupinkę mijały się z rzeczywistością, lub nie daj Boże dostaniemy rykoszetem jakimś kryzysem. Pełen optymizm.

Jacyś eksperci biją na alarm? Toż to czarnowidztwo i dywersja, mamy wszak własnych, którzy potakują szybciej niż politycy mówią. A mówią dużo i bezładnie. Gimnazja likwidujemy, albo jednak nie likwidujemy, bo przecież Episkopat źle patrzy, więc nie likwidujemy, choć to przecież dogłębnie przemyślany wcześniej pomysł, na który złapaliśmy trochę elektoratu. Licea 4 letnie! Ale nie! Bo przecież jak zostaną jednak gimnazja, to licea będą 3 letnie, a może jednak 3,5 letnie? A jak! Zróbmy 3,5, niech studniówka będzie po Wszystkich Świętych, wszak to taki martwy okres dla handlu… Sześciolatki precz ze szkół! Wszak muszą być bliżej domu w przedszkolach, a że trzylatki nie będą miały miejsc? Ale jak to? Miejsca mają być! Basta! Samorządy dostają więc rozwolnienia myśląc o tegorocznym budżecie… Dadzą radę, a jak nie, to będzie ich wina. A najlepiej powołajmy własnych ekspertów dobrej zmiany, niech będą naszym listkiem figowym tuszującym chaos i nieprzygotowanie, który pozwoli nam rozmyć odpowiedzialność… Jak rewolucja, to rewolucja!

A przecież tysiące ludzi tkwi w tym obecnym systemie, zna jego złe i dobre strony. Zamiast zachowywać się jak chirurg, który zna diagnozę i wycina chore tkanki, zachowując te dobrze działające, ministerstwo chce zrobić nam teksańską masakrę piłą mechaniczną. Trafi się w chore miejsce lub nie trafi… W samochodzie rozbiło się lusterko, sprzęgło luźne, a w kierunkowskazie spaliła się żarówka? Kupmy nowy samochód! A co! Wszak stać nas, podatnik płaci! Czy ma kasę, to zobaczymy na końcu…

Nie wszystko działa dobrze, w oświacie jest wiele problemów. Dziwiłbym się gdyby ich nie było, świat pędzi do przodu, technologia pokonuje kolejne bariery, oświata zawsze jest o pół kroku do tyłu. Rozwiązujmy więc problemy, słuchajmy praktyków, ludzi z realnym doświadczeniem, realną diagnozą i propozycjami rozwiązań. Zastanówmy się na co nas stać, a z czego będzie więcej kosztów aniżeli pożytku. Wszak nie wszystkie dobre pomysły są tanie, dogadujmy się więc, twórzmy kompromisowe rozwiązania. Nie lećmy do mediów z każdym pomysłem, bez konsultacji z ekspertami, bez sporządzenia bilansu zysków i strat. W blasku fleszy nic nie rozwiązujemy, okopujemy się tylko w swoich bastionach chorych ambicji.

Jako rodzic nie chcę aby moje dzieci brały udział w nieoszacowanym eksperymencie jakiegoś polityka, który chce pokazać jaki z niego wielki reformator. Jako nauczyciel nie chcę wprowadzać czyichś nieprzemyślanych pomysłów, które upadną, bo skończy się kasa. Nie chcę świecić oczami za ludzi, którzy odwalają amatorkę. Jestem na tym cholernym froncie na pierwszej linii i to we mnie trafią odłamki poronionych pomysłów, ale ja będę jedynie ranny, a kilka roczników młodych ludzi może polec na samym starcie w dorosłość. A potem przyjdzie ktoś i powie, że wszystko co było jest do d… i trzeba zrobić kolejną rewolucję. Wszak w swych zacisznych gabinetach, politycy ofiar nie liczą…

Czuję się jak pasażer w samolocie, który ląduje, choć na lotnisku mgła. Ale grupa obłąkańców krzyczy, że przecież nie może się nie udać, że jakoś to będzie, że ważniejszy jest cel niż ewentualne ofiary. Zwycięży rozsądek, czy będzie katastrofa?