Po kilkunastoletnim zachłyśnięciu się liceami ogólnokształcącymi, wraca temat techników i szkół zawodowych. Ktoś w końcu zauważył, że „magistrów od niczego” mamy w kraju wielu. W dodatku ci wysoko wykształceni coraz częściej aplikują o pracę znacznie poniżej swego wykształcenia, do której są… nie tak wykształceni jak trzeba… Na to wszystko nakładają się zmiany technologiczne, które generują zupełnie nowe zawody i sprawiają, że do niektórych nie trzeba już tak wielu pracowników. Ministerstwo chce więc stworzyć listę zawodów, które będą potrzebne w przyszłości. Dobrze, ale czy jest w stanie to przewidzieć?

W ciągu ostatnich 10 lat powstało wiele zawodów, których nazwy ledwo potrafię wymówić, o których wcześniej nie słyszano. Przy obecnym postępie technologicznym, za 10 lat (na logikę), powstanie szereg kolejnych zawodów o których dzisiaj jeszcze nie wiemy. Z pewnością tych ministerstwo nie jest w stanie wpisać na listę. Pat? Nie do końca. Należy podejść do tematu inaczej. Musimy być wszak elastyczni, bo nasze zawody ewoluują zgodnie z postępem technologicznym i galopującą cyfryzacją. Często nie potrafimy przewidzieć na jakich narzędziach będziemy pracować, lecz przewidujemy jakie umiejętności będą dla tych nieznanych jeszcze narzędzi potrzebne (stad dobry krok w stronę nauki programowania od pierwszej klasy – ale o tym w osobnym wpisie). Umiejętności finalnych uczymy się często dopiero na stanowisku pracy, do którego powinniśmy podejść z… konkretnymi umiejętnościami.

Niestety problem cyfryzacji naszego życia nie dotyczy jedynie tych pracujących bezpośrednio z komputerami. Bezrobocie technologiczne będzie dotykało wielu pracowników z branż, które zastępowane będą automatami i robotami. Wraz z postępem jest to nieuchronne, bo maszyny wiele czynności wykonają dokładniej od człowieka, minimalizując ryzyko strat i niepowodzeń. Czy dziś jesteśmy w stanie wyobrazić sobie robota kierowcę, kelnera, listonosza, lekarza? Na szczęście (jeszcze) automatyzacja także kreuje miejsca pracy, ale są to już inne specjalności, do których trzeba innych kompetencji. Eksperci ministerstwa powinni zajrzeć trochę w przyszłość. Proponuję zacząć od Młodego Technika:
http://www.mt.com.pl/robota-znika-przez-robota
Powinni się też zapoznać z założeniami teorii „końca pracy”, opisywanymi chociażby w książce Race Against The Machine (wyd. w Polsce pod tytułem Wyścig z maszynami):
http://ksiegarnia.pwn.pl/Wyscig-z-maszynami,84922024,p.html
Bo szkoda by było wepchnąć tysiące młodych ludzi w szpony bezrobocia, inwestując w zawody, które będą odchodziły w niebyt.

Bezrobocie kreują też nadmierne regulacje na rynku edukacyjnym w Polsce, widoczne szczególnie w postaci szeregu dziwnych kierunków w szkołach policealnych, gdzie uczą specjalności, których… powinniśmy przyuczyć na stanowisku pracy w firmie (ale o tym w osobnym wpisie). Bo często jest tak, że mimo osiągnięcia pewnego poziomu wykształcenia, nie dostaniemy pracy nie skończywszy np. rocznego kursu policealnego, który może być zrealizowany w formie tygodniowego (dwutygodniowego?) szkolenia w miejscu pracy… Prawo powinno ewoluować w kierunku otwarcia zawodów na pracownika.

Osobnym zupełnie tematem jest wpływ na nasz rynek pracy taniej siły roboczej, która nieuchronnie napłynie z zagranicy (już napływa, co wiedzą mieszkańcy ściany wschodniej). Niemniej to także trzeba uwzględnić, by nie kształcić w danym regionie w zawodach, które na lokalnym rynku opanowane są przez imigrantów…

Nie bez znaczenia jest tu także polityka gospodarcza, bo na razie, zamiast wyznaczać trendy i tworzyć innowacje, pełnimy raczej funkcję dostarczyciela taniej siły roboczej… Pamiętajmy też o starzeniu się społeczeństwa, bo to NA PEWNO będzie miało wpływ na przyszły rynek pracy (i kształcenia) w Polsce…

Dlaczego to wszystko piszę? Bo nasi politycy już nie raz pokazali, że są oderwani od rzeczywistości. Obawiam się, że tworząc listę zawodów przyszłości opierać się będą nie na twardych przesłankach, a na własnym chciejstwie. Żeby nie było, że nikt nie dostrzegł złożoności problemu i nie ostrzegał!