Jeszcze parę słów o sześciolatkach. Już widać, po lekturze doniesień z różnych stron Polski, jak wyłania się obraz chaosu i prowizorki. Samorządy zapowiadają, że dla trzylatków miejsca zbyt wiele nie będzie, a w szkołach ograniczy się zatrudnienie. Gdzieniegdzie kuszą rodziców, by jednak sześciolatki do szkół posłać. A przecież wprowadzając (odkręcając) reformę takie rzeczy należało wcześniej przewidzieć, przeliczyć, wykonać symulacje, przygotować się na różne scenariusze, lub… rozłożyć reformę w czasie (podobnie jak jej wprowadzanie kilka lat temu). Widać już, że „reforma” jest kolejnym partactwem i prowizorką w systemie oświaty, mówiąc kolokwialnie… jest do dupy.

Dlaczego w Polsce wciąż tak jest? Nagłe olśnienie jednego ministra (ministry) ubiera się od razu w szaty wielkiej reformy. Eksperci, konsultacje? Po co? Przecież błysk geniuszu ministra jest ważniejszy. I to nasze polskie: dopracujemy w trakcie (niestety ten styl wybiega poza MEN i jest widoczny w innych reformach). Nie czarujmy się, zarówno wpędzenie sześciolatków do szkół, jak i ich wypędzenie stamtąd, dopracowywane było i jest w trakcie. Zarówno poprzednie panie ministry, jak i obecna, popisują się brakiem profesjonalizmu. Są zadufane w sobie do granic możliwości. Dlaczego tak jest, że wraz z nominacją na stanowisko, ludziom tak przestawiają się klepki, że myślą o sobie jako o nieomylnych? A nieomylni nie potrzebują przecież konsultacji i nie słuchają krytyki. No właśnie krytyki… oznaką dojrzałości człowieka jest umiejętność przyjęcia krytyki i wyciągnięcia z niej wniosków. Jak to się ma do naszych polityków… sami widzimy. Czy to znaczy, że decyzje w tym kraju podejmują ludzie niedojrzali emocjonalnie? Coś w tym jest.

Najlepsze (najstraszniejsze?) w tym wszystkim jest to, że tej awantury powinno w ogóle nie być. Przecież sześciolatki w szkole nie są nawet unijnym standardem. Tak więc z błahej sprawy, zrobiła się polityczna i co najgorsze, ogólnospołeczna awantura. A wystarczyłoby aby pani Hall, w swym zadufaniu, nie podjęła odgórnej decyzji tylko wykonała sondę (ankietę) wśród rodziców przedszkolaków, czy chcą tej reformy. Zlekceważono to jednak. Wystarczyłoby, aby reformę zacząć od wyposażenia szkół i przygotowania nauczycieli na przyjście sześciolatków (wielu nie było przygotowanych, traktowali je jak… siedmiolatki). Robiono to w trakcie i na szybko… Wystarczyłoby, aby następczynie: pani Szumilas i pani Kluzik-Rostkowska przedłużyły możliwość wyboru dla rodziców, wiedząc, że rodzice są w tej kwestii podzieleni i widząc na horyzoncie ewentualność przegrania wyborów oraz zapowiedzi konkurencji w sprawie sześciolatków. Nie uczyniły tego, przez co zaogniły sytuację. W końcu wystarczyłoby aby nowa minister, pani Zalewska, wprowadziła kilkuletni okres przejściowy w którym to rodzice (jak wcześniej) mogliby zadecydować o posłaniu dziecka do szkoły lub przedszkola. Ale chciała błysnąć stanowczością i pokazać wszystkim (w stylu pani Hall), że jest nieomylna. A nie jest. Narobiła tylko kłopotu samorządom, rodzicom trzylatków i nauczycielom nauczania wczesnoszkolnego. Brawo drogie panie! Co za skuteczność w psuciu prostych rzeczy.

Straszne jest też to, że dostrzega to Bloch, a cztery ministry nie. Może polityka przysłoniła im zdrowy rozsądek. Wynika z tego, że Bloch za 2,5 tys. na rękę (z wysługą lat), jest umysłowo efektywniejszy od pań biorących ministerialne pensje. Nowa pani minister błyszczy nadal, chce przeprowadzać dobrą zmianę w szkole, szkole której zazdroszczą nam na całym świecie. I to jest kolejna wpadka. Bo jak coś działa dobrze, to trzeba ewentualnie korygować (bo problemy są), zamiast robić kolejną wielką zmianę. Dlatego nie zgłosiłem się do grona ekspertów dobrej zmiany. Po co, skoro krytyki w ministerstwie się nie przyjmuje już od wielu lat? Myślę drodzy koledzy od dobrej zmiany (bo kilku znajomych się tam znalazło), że zostaniecie wyruchani bez wazeliny, a dobre zmiany, przy nieomylnych ministrach, zakończą się zmianą polityczną. A szkoła nie powinna być ani polityczna, ani wyznaniowa.