Ogłoszone zostały zamiary MEN względem systemu oświaty. Szykuje się prawdziwa rewolucja, taka na miarę reformy Handkego. Powrót do tego co było dawniej, kwestionujący dorobek ostatnich kilkunastu lat. Schlebiono przy tym opinii większości społeczeństwa, która z gimnazjami wiązała wszelkie nieszczęścia, które dosięgły kształcenie i wychowanie. Zignorowano opinie ekspertów podkreślających często, że problemy te wynikały bardziej ze zmian cywilizacyjnych i kryzysu rodziny, i nastąpiłyby niezależnie od utworzenia gimnazjów. Kto ma rację pokaże przyszłość. Jak to często bywa, diabeł tkwi w szczegółach…

Dobre intencje nie zawsze mają swój odpowiednik w efektach. Bo to nie jest tak, że zmiany są tylko dobre (jak to przedstawia rząd) lub tylko złe (jak to krzyczeć będzie opozycja). Często to, czy zmiana jest dobra lub nie, zależy od sposobu jej wprowadzania, dopracowania pod względem organizacyjnym, zabezpieczenia finansowego i zdolności przewidywania skutków (różowe okulary są tu niewskazane, trzeba dostrzegać zagrożenia). A więc, tak na gorąco, pokuszę się o wstępny bilans zysków i strat, który może z tych zmian wyniknąć (choć nie musi):

Po stronie zysków powiedzmy, że zapiszemy:
Więcej czasu na kształcenie w liceach (oj brakowało go).
Szansa na przetrwanie wielu podstawówek i liceów, w których brakowało dzieci i młodzieży (lokalnie będzie to korzyść, chociaż… gdy podstawówka będzie kiepska, zbyt długie w niej przebywanie nie wyjdzie na dobre).
Ciągłość pracy dydaktycznej i wychowawczej do ok. 15 roku życia (wielu pedagogów podkreślało, że młodzi w „głupim” wieku opuszczają podstawówkę i zbyt szybko utwierdzają się w tym, że gimnazjum czyni ich dorosłymi).
Zapowiadana likwidacja wczesnego ukierunkowania (to był błąd poprzedniej ekipy, bo wielu młodych ludzi nie potrafi w tak młodym wieku o tym zadecydować). Rodzi się nadzieja, że znów po liceum ogólnokształcącym młodzież będzie miała wiedzę ogólną, a nie wybiórczą…
Na pewno korzyścią dla samorządów mogą być oszczędności związane z utrzymywaniem budynków niewykorzystywanych na 100% (co niekoniecznie jest korzyścią dla dzieci tam się uczących i pracowników tychże budynków).

Po stronie strat:
Powstanie klimatu prowizorki i niepewności. Każda nowa ekipa wywraca wszystko do góry nogami. Cierpią dzieci, na których dokonywany jest eksperyment, zdezorientowani są rodzice, a niepewni swej przyszłości są nauczyciele.
Koszt reformy. Czy samorządy stać na kolejną reorganizację? Osobiście widzę prowizorkę, z którą trzeba będzie sobie dać radę, niekoniecznie mając zabezpieczone na to środki.
Likwidacja niektórych szkół i zaplecza dydaktycznego. Co z budynkami po gimnazjach? Jako szkoły powstałe najpóźniej, były często bardzo dobrze wyposażone. Reorganizacja będzie pokusą dla samorządów do upychania dzieci w jednym budynku, ze względu na koszty.
Zwolnienia obsługi i administracji gimnazjów też będą nieuniknione, gdy takie połączenia nastąpią. Wpłynie to na większe bezrobocie w gminach.
Zwolnienia nauczycieli gimnazjów. Nieuniknione, bo dołączenie klas gimnazjalnych do podstawówek i liceów, będzie okazją do dopełnienia etatów nauczycieli tam pracujących (z czego ci na pewno się cieszą i uważają to za swoją korzyść).
Stracona możliwość wyrównania szans edukacyjnych (jeśli podstawówka będzie kiepska…).

Po stronie pytań (tych będzie najwięcej):
Czy przy okazji zmian nie powstanie chaos, który „wessie” kilka roczników, na których nauczyciele będą „uczyli się” nowego systemu? To z pewnością zależy od profesjonalizmu tych, którzy zmianę przygotują.
Co jeśli skomplikowane i kosztowne zmiany okażą się nieskuteczne? Jeśli przyczyną problemów nie są gimnazja i programy, lecz zmiany cywilizacyjne, technologiczne i społeczne? Zrobimy wielką zmianę, a problemy pozostaną? Wielu krytyków to podkreśla.
Jak odbędzie się kwalifikacja do szkół średnich? Wrócimy do egzaminów wstępnych, czy nazwiemy egzamin gimnazjalny testem po podstawówce. Od razu trzeba zadać pytanie co z wyszkolonymi egzaminatorami gimnazjalnymi? Zmienimy im tylko tytuły, czy będą musieli odbyć serię szkoleń? Kto za te szkolenia zapłaci? Czy są zabezpieczone na to pieniądze?
Czy zwiększenie ilości godzin w liceach nie będzie pokusą do wciskania w młode głowy jedynej i słusznej wersji rzeczywistości? Czy do programów brutalnie przedostaną się treści reprezentujące poglądy jednej opcji politycznej (nacisk na naukę religii, pomniejszenie roli teorii ewolucji i in vitro w nauczaniu biologii, zbyt martyrologiczny trend w nauczaniu historii itp.).
Czy upolitycznienie kuratoriów i zapowiedź większej roli jaką będą spełniać, nie wpłynie na niezależność dyrektorów i nauczycieli?
Czy zmiany będą trwałe? Czy nie będzie tak, że po kolejnych wyborach, po raz kolejny ktoś inny zafunduje nam zwrot o 180 stopni. Tutaj chciałbym jasnej deklaracji partii opozycyjnych co do wprowadzanych zmian.
Czy wprowadzenie nowego stopnia awansu nie jest okazją do odwlekania podwyżek płac? Na zasadzie chcesz podwyżki, rób awans, a dla nas problem na kilka lat z głowy…
Czy zmiana nazwy szkół zawodowych nie będzie tylko zabiegiem „na papierze”, który wygeneruje tylko koszty?

Z pewnością takich pytań jest więcej. Mam nieodparte wrażenie, że próba prostowania pewnych spraw, przewracanie do góry nogami systemu, ma genezę w byle jakim wprowadzaniu zmian przez poprzednie ekipy. Czegoś wcześniej nie dopracowano, powstał problem, pojawiły się kontrowersje, chęć powrotu do stanu wcześniejszego. Niech będzie to zatem ostrzeżeniem dla MEN, że byle jak wprowadzane zmiany staną się w końcu problemem, z którym trzeba będzie zmierzyć się za kilka lat… Tylko czy politycy o tym w ogóle myślą?