Jarosław Bloch

CO Z TĄ EDUKACJĄ?

Progi absurdu, progi demotywacji

Jak postąpilibyśmy z pracownikiem, który w ciągu roku, bez wyraźnego powodu, opuściłby 50% godzin roboczych? Prawdopodobnie przy pierwszej okazji zostałby zwolniony… A co jeśli 50% godzin nauki opuści uczeń? Nic… Wg przepisów jest traktowany tak jak ten, który w szkole był 95% godzin. Co więc myśli ten który chodził na poziomie 95%? Myśli zapewne: po co się starać, skoro wystarczy chodzić na połowę zajęć… I frekwencja leci w dół, to problem wielu polskich szkół… droga donikąd została wskazana.

Ile statystycznie chorować może w miarę zdrowy człowiek? 10% dni? Chyba maksymalnie tyle, jeśli nie dojdzie do komplikacji, mogących zakończyć się pobytem w szpitalu. Skąd więc próg wymaganej frekwencji 50%? Kto go wymyślił? Na jakiej podstawie? Co sobie myślał zapisując tak niski próg? Załóżmy, że kolejne 5-10% można zarezerwować na sytuacje nagłe, losowe, badania lekarskie itp. Mamy około 80% godzin, na których uczeń bezwzględnie powinien być w szkole. Co z pozostałymi 30%? Zarezerwowano je na wagary?

Wg mnie próg frekwencji powinien być na poziomie około 75% godzin. Oczywiście wymóg ten mógłby być zmniejszony w indywidualnych wypadkach losowych, które można potwierdzić zaświadczeniem np. wypisem ze szpitala. U nas o wszystkim decydują rodzice, którzy wiadomo… podchodzą w większości do nieobecności dziecka zbyt liberalnie. Z drugiej strony, na podstawie wieloletniego doświadczenia wiem, że gdy frekwencja spada poniżej 80% zaczynają się pierwsze problemy w nauce. Gdy spada poniżej 70% przeciętny uczeń nie daje rady, lepszy obniża swe loty. Okolice 50% frekwencji to już parodia nauczania i silny demotywator dla kolegów i koleżanek delikwenta. Tak, tak… bo skoro z taką frekwencją można zdać, to po co się męczyć. Niestety zmiany cywilizacyjne i obniżenie standardów wymagań przez dorosłych, pchnęły nas w minimalizm. Także z doświadczenia wiem, że przeciętny, często niezainteresowany przedmiotem uczeń, stara się spełnić wymogi troszeczkę ponad ustalony próg minimalny. Jeśli wymagania spadają, spada też poziom starań ucznia. Mam coraz więcej uczniów, którzy liczą frekwencję tak, aby na zajęciach pojawić się trochę częściej niż jest to konieczne.

A to nie jedyny próg. Weźmy chociaż 30% próg zdawalności na maturze. Wymyślony ewidentnie po to by sztucznie zawyżyć poziom wykształcenia, aby obdarować maturą tych, którzy nie opanowali materiału nauczania. Nawet dopuszczający na sprawdzianach daje się od 40%, a przypomnę, że dopuszczający wprowadzono aby nauczyciele nie stawiali 3= (no to teraz stawiają coraz częściej 2=, bo… uczeń dostosował się do obniżonych wymagań). Dziwi mnie ten niski próg, który przecież jest przepustką na studia, dziwi tym bardziej, że na egzaminach zawodowych wynosi on czasami 70% na zaliczenie… To jak? Raz uczeń jest przygotowany przy 70%, a innym razem już przy 30%? Na egzaminie maturalnym byłbym za progiem 50%. Spadnie liczba uczniów z maturą, to fakt, ale może wzrośnie liczba poszukiwanych dziś budowlańców, elektryków, hydraulików, operatorów maszyn, fryzjerów itp. I może też spadnie poziom frustracji wśród młodych, bo teraz często jest tak, że dyplom uczelni leży w szufladzie, a kariera zawodowa kończy się na przysłowiowym zmywaku. A przecież na naukę zawsze jest czas, tylko… może niech każdy w swoim czasie dorośnie do tej mądrości życiowej…

Przyzwyczajamy uczniów do dziadostwa, które negatywnie zaprocentuje w dorosłym życiu. Minimalizm w szkole przełoży się na minimalizm w pracy, na frustrację, gdy nagle ktoś zażąda od nas efektywnego działania. Minimalizm w szkole to brak potrzebnej wiedzy na studiach. Braki rodzą braki, bo niewielu jest w stanie samodzielnie nadrobić zaległości, zwłaszcza w dzisiejszych czasach, czasach niżu demograficznego, gdzie znalezienie miejsca na uczelni nie stanowi żadnego problemu dla dzisiejszych absolwentów z 30% wiedzą i 51% frekwencją… Dlaczego to piszę? Ci ludzie mają tworzyć naszą przyszłość, a tymczasem tak demotywowani, łatwo ustąpią pola zdesperowanym przybyszom zza granicy, którzy stawiają sobie często wyższe cele. Inna sprawa, że tłum pracowników obdarzonych kiepskimi świadectwami maturalnymi i dyplomami niewiele wartych uczelni, tłum wykonujący pracę poniżej własnych aspiracji, to beczka prochu, którą łatwo może rozsadzić byle iskra.

5 kommentarer

  1. Moje dziecko nie lubi szkoły, ma frekwencję na poziomie 40 %. Chodzi tam, żeby zaliczać sprawdziany, kartkówki i inne bzdury, no i ma same szóstki… bo efektywniej zdobywa wiedzę i przygotowuje się do tych sprawdzianów samodzielnie, w domu. Dziwne, co?
    Mało tego, nikt go w tej szkole nie szykanuje z powodu niskiej frekwencji, a jego nieobecności pozostałych uczniów wcale nie demotywują. Dziwne, co nie?
    A może czasem nasz punkt widzenia ma się jednak nijak do świata wokół, panie Jarku? Może czasem lepiej pójść na długi spacer zamiast irytować się, że inni są jacyś inni.

    • Jarek Bloch

      Styczeń 5, 2020 at 1:14 pm

      Gratuluję zdolnego dziecka. Też miałem takich uczniów, ale to rodzynki. U większości spadek frekwencji poniżej 70% oznacza poważne problemy w nauce, to nie jest pusta liczba, to moje statystyki, a uczę od 20 lat na różnych poziomach. A może Pana dziecko gdyby chodziło do szkoły i otrzymało tam to co powinno, lubiłoby szkołę i mogłoby mieć o wiele większe szanse edukacyjne w przyszłości? Znałem wielu uczniów, którzy tak postępowali, przeważnie zimnym kubłem wody była matura (ale zakładam, że Pana dziecko jest w tym procencie, który nie potrzebuje szkoły). Pisze Pan że w szkole nikt na to nie zwraca uwagi. Tak, to dziadostwo które tworzą same szkoły (nie wszystkie, ale te które to robią psują rynek i zaniżają standardy, może więc zmienić szkołę…). Przykro mi z tego powodu, że tacy dyrektorzy i nauczyciele, którzy to akceptują, pracują w tym zawodzie. Ale świata nie zbawię. Osobiście byłem w stanie zwolnić się kiedyś ze szkoły, której dyrektor nie wymagał od uczniów chodzenia do szkoły. Złożyłem wypowiedzenie, bo nie chciałem uwiarygadniać swoją osobą dziadostwa które tworzył dyrektor, dziś do dogorywająca szkoła, z mizernym naborem. Nie ma Pan racji, popełnia Pan najczęstszy błąd wyciągając wnioski na podstawie jednostkowego przypadku swojego dziecka. Niestety większość dzieci nie ma takiej zdolności i chęci by samodzielnie zadbać o swoją edukację. Proszę też pamiętać, że w wielu zawodach nauka systematyczności i punktualności jest nieoceniona, a ci których zbyt często w pracy nie ma, szybko taką pracę tracą… Mam więc nadzieję, że Pana dziecko będzie wykonywało kiedyś wolny zawód, który będzie mogło wykonywać z domu, lub przychodzić do pracy kiedy mu się zachce… I będzie to akceptowane.

    • Szkoła głównie przeszkadza w edukacji, ale rozumiem, że jako nauczyciel może pan mieć przeciwne zdanie.

      • Jarek Bloch

        Styczeń 5, 2020 at 7:35 pm

        Nasza szkoła ma dość archaiczną strukturę, ale przede wszystkim przeładowane podstawy. Nie uczymy, gonimy za niemożliwym. Że przeszkadza – nie zgodzę się. Że utrudnia edukację dzieciom uzdolnionym – zgodzę się w 100%. Tyle że w stanie dzisiejszego niedoinwestowania i cofnięcia szkoły do czasów sprzed reformy, problemy się pogłębią. Może moralizuję, ale stwierdzenie że szkoła GŁÓWNIE przeszkadza w edukacji to nadużycie. Prawda jak zwykle leży pośrodku.

  2. Jedna poprawka do treści: Aby uzyskać kwalifikacje w zawodzie trzeba mieć z części praktycznej ZAWSZE a nie czasami minimum 75% a nie 70 jak podaje autor artykułu. Ppzdrawiam

Pozostaw odpowiedź Maja Anuluj pisanie odpowiedzi

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

*