Doszły mnie ostatnio słuchy, że „dobra zmiana” obejmie także zmiany na liście lektur. Oczywiście korekty na niej są co jakiś czas wskazane, spodziewam się jednak, że ktoś wykorzysta tutaj jedynie okazję do przemycenia treści „słusznych ideologicznie”. A przecież sprawa na pozór wydaje się prosta – lektury powinny odzwierciedlać dorobek literatury naszej i zagranicznej. Niby jasne, ale niejasne, bo założę się, że wielu świetnych noblistów obecna władza nie chciałaby widzieć na liście lektur. Temat ten szczególnie leży mi na sercu, bo czytam dużo i sam piszę. Potrafię docenić kunszt i ponadczasowość dzieła. I… nie chciałbym aby moje dzieci i moi uczniowie skazani byli na ideologiczną papkę… Wszak bardzo łatwo oduczyć od czytania, podając zamiast dobrej literatury, ideologiczny chłam. Przy naszym i tak niskim poziomie czytelnictwa byłaby to niemalże zbrodnia.

A może na listę lektur zaproponuję coś ze swojej domowej biblioteczki? Spoglądam więc na mój regał i zaczynam się zastanawiać:
Czy na liście lektur znalazła by się na przykład noblistka z 2007 roku Doris Lessing ze swoją książką „Piąte Dziecko”? Wątpię, przecież książka ta piętnuje drobnomieszczańskie zakłamanie. Pokazuje jak ważną rzeczą jest tolerancja wobec inności i do jakich dramatów może prowadzić brak tolerancji. Czy w naszym kraju, w którym władza wilkiem patrzy na wszelką odmienność, lansując patriotyczny model łysego karczycha, książka ta mogłaby być lekturą? Nie, przenigdy! Na stos!

Czy ma szansę noblista z 2003 roku John Coetzee ze swoją książką „Życie i czasy Michaela K.”? Raczej nie. Nie wierzę, by książkę w której główny bohater udaje się na wewnętrzną emigrację zrobiono lekturą, tym bardziej, że niesie ona sporą dawkę anarchii. Jakże to? Przecież obywatel ma mieć jasno wytyczoną drogę, a fakty podane w jedynej prawdziwej i słusznej telewizji. Jeszcze po przeczytaniu tej książki ktoś zacząłby myśleć samodzielnie. Przenigdy! Na stos!

No to może Mario Vargas Llosa? Noblista z 2010 roku. Jego „Miasto i psy” być może przeszłyby przez sita nowej cenzury, jednak dyskredytuje go ostatecznie powieść „Pantaleon i wizytantki”, która hańbi wzorzec oficera stworzonego przez ministra obrony. A więc na stos!

Może więc Toni Morrison, laureatka Nobla z 1993 roku? Jej książki „Najbardziej niebieskie oko” czy też „Dom”, to przecież kanon światowej literatury. Nie nie! Broń Boże! Toż jest czarna i pisze o czarnych! Mało tego, dyskredytuje momentami w swej literaturze, nieskazitelność boskiej rasy białych! Odrażające. Na stos!

A więc nie przejdzie także Nadine Gordimer, laureatka Nobla z 1991 roku. W powieści „Ludzie Julya” pokazała przecież, jak bardzo nasz los jest przewrotny. Jakże to czytać o czarnym służącym, który staje się powoli panem sytuacji, a białe jaśniepaństwo staje się całkiem od niego zależne. Niepolityczny wniosek z tego płynie. Na stos!

Gabriel Marquez, noblista z 1982, też nie ma szans. „Sto lat samotności” nie wpisuje się wszakże w obecną propagandę sukcesu, a ostatnie jego dzieło: „Rzecz o mych smutnych dziwkach”, to, według obecnych standardów, zaprzeczenie wzorca wzorowego starucha, który zamiast modlić się i bawić wnuki, myśli jakby tu przelecieć młodą siksę. Wstyd! Obraza! Hańba! Na stos!

Szukam dalej. Kenzaburō Ōe, noblista z 1994, ze swoim dziełem „Zerwać pąki, zabić dzieci”, gdzie dorośli zostawiają na zatracenie grupę dzieciaków, jakoś nie wpisuje się w założenia programu 500+. Salman Rushdie, laureat nagrody Brookera, autor „Szatańskich wersetów”, to przecież emigrant z Azji, i trza by go, razem z innymi, z powrotnym biletem na łódź wsadzić. Nasz południowy sąsiad, Bohumil Hrabal, ze swoim „Świętem przebiśniegu” też się nie przebije. Przecież pokazuje naród wesoły, rozmawiający o rzeczach zwykłych i przyziemnych. Zbyt mało patosu! Naród ma ginąć w szaleńczych powstaniach, a nie żłopać piwsko i gadać o dupie Maryni. Tak samo zresztą Vladimir Nabokov, nie dość że z pochodzenia Rosjanin, to autor „Lolity”, która pewnie na własnych doświadczeniach pisał, a wiadomo przecież w kręgach władzy, kto w Polsce może molestować dzieciaki bez konsekwencji… na pewno nie pisarz. Na stos wszystkich! Na stos i oblać wszystko benzyną!

A może ktoś z Polski? Patrzę na półeczkę. No nie… tu także nowej władzy raczej nic się nie spodoba. „Transatlantyk” Gombrowicza to przecie plucie we własne gniazdo i krytyka świętej II RP. A ta cała twórczość Stachury, to wg nowej władzy bełkot mięczaka, który zamiast do partyjnej młodzieżówki idzie z siekierą do lasu jak w „Siekierezadzie”. Żaden przykład. Na stos!

No to może Bloch? Nie nie, ten to na stos powędruje pierwszy, razem ze swoimi wypocinami. Trza go spalić razem z jego książkami, by łajza i degenerat dzieci więcej nie uczył.

Ale zaraz, zaraz. Tyle nieprawomyślnych książek na moim regale?! Toż to zaraz wpadnie do mnie, w kominiarkach, delegacja ministra, tego od sprawiedliwości. Powód aresztowania już jest, a dowody się znajdą. Nie takie numery przecież się robiło, a terroryści potrzebni są ministrowi od zaraz.

Starałem się aby było śmiesznie, ale tak naprawdę nie jest to śmieszne. W Polsce ideolodzy partyjni za bardzo interesują się szkolną biblioteczką. Wszak młody człowiek ma czytać jedynie słuszne rzeczy, podnoszące patriotyczne ego. Nic kontrowersyjnego, bo jeszcze, o zgrozo, uczniak zacząłby myśleć samodzielnie i zadawać niewygodne pytania! A świat ma być prosty… Stąd już krótka droga do nieoficjalnych indeksów ksiąg zakazanych. Cała nadzieja w zdrowym rozsądku nauczycieli. Głęboko w to wierzę.