Z pierwszych szczegółów reformy widać już, że będziemy świadkami ekonomii alternatywnej. Wg pani minister, która okazała się radosną księgową, reforma zostanie wprowadzona bez kosztów, wg większości wygeneruje ona jednak spore wydatki (niektóre trudne do oszacowania). Wypadałoby zadać pytanie: kto ma rację? Odpowiedź wydaje się być jedna, bo przecież reforma o takiej skali musi kosztować. Niestety, rozsądna większość może się jedynie przypatrywać, bo decyzje podejmuje ktoś inny. Jednak rozsądna większość powinna (musi) protestować, bo pieniądze wydane na niepotrzebną reformę, niepotrzebnie obciążą całe społeczeństwo. Trzeba spoglądać na każdą zmarnowaną złotówkę aby obnażyć bezsens tej reformy i pokazać urzędnikom MEN, że porywają się z motyką na Słońce.

Pewne sukcesy na tym polu już mamy. Pierwszy raz obnażyliśmy lekkomyślność reformatorów przy okazji planów zmiany nazwy szkół na „powszechne”. Nasza radosna księgowa nie pomyślała sobie (ot tak nie pomyślała!), że wymiana tysięcy pieczątek i tablic z nazwą szkoły będzie kosztowała majątek. MEN szybko wycofywał się ze swoich nieprzemyślanych planów. Ale nie cieszę się z tego „sukcesu”, bo teraz widzę, że było to jedynie preludium do jeszcze większej nonszalancji w szastaniu publicznym groszem.

Przede wszystkim przerzucanie kosztów reformy na samorządy jest głęboko nieuczciwe w stosunku do ludzi zarządzających gminami i powiatami. Nasza radosna księgowa zachowuje się tutaj jak zakupoholiczka, która robi wielką imprezę za pieniądze, których nie ma, bo tej „złotej karty” samorządy nie spłacą, nie zabierając komuś innemu. Przypomina mi tym samym małe, rozkapryszone dziecko, które tupie i wrzeszczy, domagając się by mama kupiła zabawkę w sytuacji, gdy mamie ledwo starcza na chleb i mleko. Skoro w budżetach przez ostatnie kilka lat brakowało na zwykłe remonty i pomoce naukowe dla szkół, to skąd wezmą na zmiany, które nawet trudno oszacować? Ze strony samorządów pada kwota miliarda złotych, ale jak to zwykle bywa może być większa. A przecież pomoce i remonty to nie jedyny problem dla gmin, w kasach samorządów nie ma pieniędzy by zapłacić wychowawcom za ich często tytaniczną pracę (bo kilkadziesiąt złotych, za dodatkowe pół etatu, woła o pomstę do nieba…). Nie ma pieniędzy aby zmniejszyć ilość uczniów w oddziałach, mimo że wszyscy wiedzą, iż w tych czasach to wręcz konieczność. Czasem nie ma nawet pieniędzy na delegacje dla pracowników. W tej sytuacji nie liczyć się z kosztami reformy, to tak jakby wydawać na nowe auto, gdy w domu zapada się podłoga, a z sufitu odpada tynk.

Ale są też inne sprawy. Od kilku lat szkoły (samorządy) wydają na darmowe podręczniki, które zamiast służyć przez następne kilka lat, przy okazji reformy pójdą na przemiał. I co? Samorządy kupią nowe, bo taki wymóg, ale tej pozycji radosna księgowa chyba nie ma na swej liście. A zobowiązania wobec pracowników? Kasa na odprawy dla zwalnianych? Przecież zwolnienia będą, nie czarujmy się. Część przejdzie w stan nieczynny, gdzie też trzeba płacić, część ucieknie na urlopy zdrowotne, które przecież także kosztują samorządy… Jeszcze inna część, zanim znajdzie inną pracę, stanie się na jakiś czas klientami mopsów, co też obciąży lokalne budżety. A w ogóle mówienie, że nikt przy tej reformie nie straci pracy, to kpina ze zdrowego rozsądku… No chyba, że pani minister zamierza wszystkim nauczycielom obniżyć pensum do, dajmy na to, 5/18 i do tego dodać talon na darmowy posiłek raz dziennie, tabletki na obniżenie łaknienia i kołek w dupę, by zbyt szybko się nie trawiło…

A dostosowanie szkół do wymogów reformy? W podstawówkach, które przyjmą 7 i 8 klasę trzeba będzie dokupić większych ławek. Trzeba będzie przygotować pracownie przedmiotowe. Przy tej okazji odmalować sale, bo przecież nie będziemy montować projektorów na brudne ściany. A przecież trzeba jeszcze pomyśleć o pomocach naukowych, bo w podstawówkach pomocy na 7 i 8 klasę nie ma. Można je przewieść z gimnazjum, ale nie zawsze tak jest, że jednej podstawówce odpowiadało jedno gimnazjum. No i pamiętajmy, że sama przeprowadzka to także koszt, chyba, że nasza kreatywna księgowa stwierdziła, że zrobią ją nauczyciele w ramach 40-godzinnego tygodnia pracy. Z kolei w gimnazjach przekształcanych w podstawówki, trzeba będzie przystosować sale na przyjęcie maluchów, meble, ławki, pomoce etc. Kto za to wszystko zapłaci? Pamiętajmy, że podczas każdej przeprowadzki robimy przy okazji wielki porządek i mnóstwo rzeczy wymieniamy na nowe, a starych się pozbywamy. Tym bardziej, że niejedna rzecz zniszczy się przy przewożeniu. W naszym świecie jednorazowych mebli i jednorazowej elektroniki tak już po prostu jest. Dopóki stoi, to się trzyma, ale spróbuj rozłożyć, to już nie złożysz… Nie mówię już o pracowniach robionych na wymiar…

Zwróciłem uwagę na rzeczy przyziemne, ale z tych drobiazgów rodzą się często wielkie sumy. Czy twórcy reformy nie byli nigdy na zakupach, gdy w koszyku prawie nic nie ma, same tanie rzeczy, a rachunek zwala nas z nóg. Te małe rzeczy będą nas (podatnika) słono kosztować. No ale (jak widać) Zalewska otoczyła się swoimi Misiewiczami, którzy nie chcą jej tego uświadomić, lub sami nie potrafią zrobić kalkulacji kosztów. Najlepiej zepchnąć część finansową na samorządy, a potem ich obarczyć za wszelkie błędy i porażki. Na koniec powiedzą, że radosna księgowa chciała dobrze, tylko świat nie nadążył za jej geniuszem.

Syndrom Misiewicza szerzy się w najwyższych kręgach MEN, bo jak inaczej nazwać to, że dorośli ludzie nie potrafią oszacować kosztów swoich działań? I jak tu dziwić się statystycznemu Kowalskiemu, że robią go w banku w jajo na kredycie, skoro pieniędzy nie potrafią liczyć nawet ministrowie? Pani minister widać nie za bardzo zna się na finansach, a skoro się na czymś nie znam, to dobieram odpowiednich współpracowników, którzy się znają. No ale łatwiej dobrać Misiewiczów, którzy co prawda nie znają się na finansach, lecz znają się na pochlebstwach i nigdy przez gardło im nie przejdzie, że królowa jest naga. Przykre to i straszne. Bo z działań MEN wynika, że u nas najpierw podejmuje się decyzje, a potem dopiero liczy. A przecież powinno być odwrotnie.