Światło dzienne ujrzały nowe-stare siatki godzin. Szału ni ma. Szkoły XXI wieku jakoś w nich dostrzec się nie da. Wielokrotnie na tym blogu zwracałem uwagę, że politycy zajmują się głównie tym, co przynosi największy medialny efekt i w tych siatkach jest tego potwierdzenie. Czy trzeba wywracać wszystko do góry nogami, by zaproponować kosmetyczną zmianę ilości godzin w siatkach? Chyba nie. Przy okazji obniżono rangę niektórych, ważnych przedmiotów. Założę się, że w nowym systemie także będzie problem z realizacją podstaw programowych (oczywiście jeśli reforma dojdzie do skutku, bo wierzy w nią już chyba tylko najbliższe otoczenie Zalewskiej). Bo nie siatka i gimnazjum są problemem, tylko to, dlaczego czasami nie da się zrealizować podstawy w siatce.

Czy rewolucja będzie w podstawach? Może to one będą na miarę XXI wieku? Tylko czy damy radę je zrealizować? Wielu nauczycieli mówi, że nie wyrabia z realizacją podstawy (w realu, nie na papierze, na papierze można wszystko). Dzieje się tak ponieważ jednym z realnych problemów jest to, że część uczniów nie ma opanowanego materiału, który powinni mieć opanowany wcześniej. Tracimy wtedy czas aby nadrabiać to, co uczniowie powinni już wiedzieć. Zamiast zaplanowanych w pięciu godzinach pięciu zagadnień, robimy, dajmy na to, trzy. I siatka leży. A dlaczego uczniowie nie potrafią? Bo przepuścili ich wcześniej. A dlaczego przepuścili? Żeby stan klasy się zgadzał. I to jest patologia, kolejny realny problem. Czy zajmie się ktoś tym, aby stan klasy nie był ważniejszy niż los dzieci, które chcą się uczyć? Bo na sztucznym utrzymywaniu liczebności klas tracą głównie ci dobrzy uczniowie. Dlaczego więc to robimy? Dlaczego wyciągamy na siłę tych gorszych kosztem lepszych? To proste, odpada uczeń, klasa traci grupy, uczniowie zamiast np. języków uczyć się efektywnie w małych grupach, uczą się w większych, mniej efektywnych. Przy okazji nauczyciele tracą pracę, a ci którzy uczą w większych grupach zdzierają gardło i zbierają „punkty” na raka gardła. Dać mu dopa, niech przejdzie, będą grupy. Rozumiecie ten paradoks? Gdy odpada ktoś, kto edukację ma w siedzeniu, traci ten, który chce się uczyć! Tak to obecnie wygląda, od podstawówki aż po uniwersytety. A wystarczyłoby dać przyzwolenie na te małe grupy. Byłoby to z korzyścią przede wszystkim dla ucznia. No ale nie ma na to kasy. Nie ma? A na kolejną wielką reformę co kilka lat jest? A przecież problem pozostanie, nadal trzeba będzie trzymać liczebność grupy, aby jej nie zlikwidowano! Nie możemy uczyć piętnastu dobrze… musimy dwudziestu pięciu gorzej, obniżając jakość wykształcenia (bo ci którzy nie chcą, rozwalają zajęcia tym którzy chcą). Efektywność pracy w małych grupach jest większa! Łatwiej zindywidualizować proces nauczania, można dobrze poznać ucznia i lepiej go nauczyć! Może wtedy mniej będzie tych, którzy nie opanowali podstawy programowej? Łatwiej też zapanować nad niewielką grupą! Osobiście mogę zapanować nad grupą i czterdziestoosobową, tylko muszę przy tym złamać konstytucję i prawa człowieka… Nie mogę? Więc stwórzcie w końcu do cholery klasy maksymalnie piętnastoosobowe (z podziałem na grupy). To jest konkretne i potrzebne rozwiązanie! W dzisiejszych, cyfrowych czasach to konieczność!!! Przecież już nie wysyłamy listów do zakładów pracy i nie bijemy po łapach linijką! Jeszcze tego nie wiecie drodzy politycy?

A jeśli ktoś nie będzie chciał się uczyć nawet w małej grupie? Trudno. Przecież czas na naukę jest całe życie! Kiedyś dotrze do takiego, że jednak warto, to pójdzie sobie do zaocznej lub wieczorowej i nadrobi. To tak jakby miłośnika disco polo wziąć do filharmonii. Spróbować nie zaszkodzi, a nuż się spodoba, ale jak ma siedzieć przez cały koncert niezainteresowany i przeszkadzać, tym co przyszli posłuchać, to niech lepiej wyjdzie w połowie. Kiedyś myślałem, że niż demograficzny przyniesie nam wyraźną poprawę efektów kształcenia i da nauczycielom, oraz uczniom, większy komfort pracy niewielkich oddziałach. Restrykcyjne limity liczebności grup zabiły tę ideę.

Stwórzmy dzieciom, które chcą się uczyć, komfort pracy w małych grupach. Tym się zajmujmy, na to wydajmy pieniądze, zamiast likwidować gimnazja. Niech dobrzy uczniowie uczą się w lepszych warunkach, a nauczyciele nie tracą godzin z powodu spadku liczebności grup. A ci którzy nie chcą się uczyć? Mamy ich zostawić na lodzie? Nic podobnego! Przecież szkolnictwo zawodowe cierpi na brak kandydatów. Niewielu chce uczyć się na rzeźnika, piekarza, murarza, operatora maszyn i w wielu innych, BARDZO potrzebnych zawodach, których często poszukują pracodawcy. Uczmy, a nie przepuszczajmy. Skończmy z edukacyjną ściemą i sztucznie wzbudzanym edukacyjnym boomem! Ten boom stworzyliśmy między innymi przez wysokie limity liczebności grup. To tajemnica poliszynela.

I jeszcze jedno. To nie jest czcze gadanie. Zadaję tutaj między wierszami ważne pytania. Jaka ma być rola szkoły w XXI wieku? Czy nauka w szkole ma być efektywna czy masowa? Czy „cyfrowe dzieci” można jeszcze uczyć w tak dużych oddziałach? Kiedy MEN zauważy problem liczebności uczniów w klasach? Czy politycy nie wiedzą, że inwestycja w edukację jest ważniejsza niż bezsensownie rozdawany socjal?

Jak na razie minister edukacji na te pytania nie odpowiedziała.