Pan Minister Nauki i Szkolnictwa Wyższego wyszedł ostatnio z pomysłem, aby młodzi nauczyciele po stażu zdawali egzamin państwowy. Większe wymagania z pewnością utrudniłyby dostęp do zawodu i podniosły młodym ludziom poprzeczkę. Jako że zawsze byłem za zwiększaniem jakości edukacji, pomysł ten początkowo uznałem za ciekawy. Chciałbym tu jednak zwrócić uwagę na kilka istotnych spraw, bo zwiększenie wymagań nie zawsze automatycznie przekłada się na wyższą jakość. Może skończyć się tak, że większe wymagania zamiast jakości, zwiększą tylko biurokrację… Obawiam się też, że jest to wybieg do przodu, bo zamiast reformować uczelnie, załatwiamy sprawę dodatkowym egzaminem. A uczelnie sprowadzamy do rangi kursów przygotowawczych do egzaminu państwowego.

Oczywiście niech będzie to zawód elitarny, wykonywany przez najlepszych. Ale tutaj pojawia się pierwszy problem: zarobki. Bez ich znaczącego wzrostu elitarność pozostanie na papierze i nadal dla młodych będzie to jeden z mniej atrakcyjnych zawodów (biorąc pod uwagę stosunek wkładu pracy do efektu finansowego). Oby też nie było tak, że będzie to kolejny etap zaliczany „pro forma”, przeszkoda bardziej biurokratyczna aniżeli sito odsiewające tych najlepszych. Zresztą… może zamiast egzaminu państwowego wystarczy zreformować studia nauczycielskie? Czy ich ukończenie i egzamin magisterski nie mogą być tym państwowym? Biurokracja mniejsza, a efekt taki sam. Tylko, że wtedy należało by się zabrać za poważne zmiany w szkolnictwie wyższym np.

1. Podniesienie poprzeczki przy przyjmowaniu kandydatów na studia, no ale tutaj trzeba by się wziąć za system finansowania uczelni i zrezygnować chociażby z progów liczebności grup, który sprawia, że uczelnie trzymają tych, którzy się nie nadają.

2. Przewietrzenie kadr na uniwersytetach. Szczególnie chodzi mi o walkę z nepotyzmem i łączeniem kilku etatów. Sprawia to, że student nie może być, przez zapracowanego profesora lub doktora, dobrze zweryfikowany. Ale tutaj trzeba będzie uczciwie zapłacić pracownikom naukowym, żeby nie musieli chałturzyć aby przeżyć. I dążyć do tego, aby na uczelniach zostawały najlepsze, dobrze opłacane perły. No tak… finansowanie. Patrz pkt. 1.

3. Skuteczna walka z plagiatami, bo większość dzisiejszych prac w liceach i na studiach to radosne kopiowanie. Plus przepisy, które obligatoryjnie zmuszą uczelnie do usuwania za plagiat nieuczciwych studentów. Będzie to oczywiście omijane i nieskuteczne jeśli nie załatwi się sprawy nowego finansowania uczelni i lepszej selekcji studentów. Patrz pkt. 1.

4. Weryfikacja praktyk studenckich, bo dzisiaj to często fikcja. Inna sprawa, są praktyki, których realizacja jest praktycznie niemożliwa. Innym zaś praktyki są po prostu niepotrzebne, gdyż pracują w tym samym zawodzie podnosząc jedynie kwalifikacje. Inna sprawa, że praktykantów pracodawcy mają czasem dość, bo tych solidnych i dobrze przygotowanych teoretycznie jest promil, a reszta to efekt obniżenia wymagań i związanego z tym boomu edukacyjnego? No i za praktyki trzeba odpowiednio zapłacić, jeśli nie znajdą się na to pieniądze, to nikt poważnie praktykanta nie potraktuje. A nie ma na to pieniędzy, bo… jest zbyt wielu studentów. Patrz pkt. 1 i 2…

5. Ograniczenie liczby uczelni. Dzisiejsze akredytacje to ściema, która dopuszcza na rynek uczelnie, które produkują niedorobionych licencjatów i magistrów. Patrz pkt. 1, 2, 3 i 4… Uczelni namnożyło się w czasie wyżu demograficznego, a teraz mamy niż, więc wymagania spadły praktycznie do zera (oprócz śmiesznych 30% z matury, często naciąganej). Niech w tym elitarnym i w przyszłości dobrze opłacanym zawodzie kształcą elitarne uczelnie, a nie byle jakie.

6. Promowanie tych pracowników naukowych, którzy publikują w prestiżowych czasopismach i są aktywni na arenie międzynarodowej, inaczej mówiąc – mają osiągnięcia, nie tytuły. No ale tutaj trzeba by naruszyć często status quo panujące na wielu uczelniach, które zbyt często sprowadza się do zapyziałego „guru”, bandy popleczników i garstki ambitnych, których „gasi się”, gdy chcą się przebić… Patrz pkt. 2.

Być może jest więcej spraw do załatwienia na uczelniach, powyższe wpadły mi w kilka minut, na gorąco (inne proszę zgłaszać w komentarzach lub na FB). Ale trzeba się zabrać za te problemy aby odpowiedzieć na pytanie: Po co studia właściwie są? Spadek rangi studiów magisterskich po wprowadzeniu dodatkowego egzaminu, może doprowadzić do sytuacji gdy ktoś ukończy studia nauczycielskie i… nie będzie nauczycielem. Kim wtedy będzie? Co będzie mógł robić po takich studiach? Studia staną się wspomnianym na wstępie kursem przygotowawczym do egzaminu nauczycielskiego. Funkcjonującym nadal na dzisiejszych, niezdrowych zasadach. Niemniej sprawą należy się zająć, bo w czasach niżu demograficznego liczba kandydatów do zawodu mogłaby być mniejsza.