Jarosław Bloch

CO Z TĄ EDUKACJĄ?

Kto tutaj nabałaganił?

Z wiadomych przyczyn od roku przyglądam się prowadzonym na różnych forach dyskusjom dotyczącym reformy oświaty. Najlepsze dyskusje znajduję na ogólnodostępnych portalach. Zrozumiałe, w końcu czytają je wszyscy. Przeciwnicy i zwolennicy. Dopiero tam zaczynamy rozumieć dlaczego środowisko oświatowe jest tak podzielone. Szczerości sprzyja anonimowość, która na ogólnodostępnych portalach sprawia, że ludzie mówią więcej niż tam gdzie muszą podać swoje dane. Wszystkie chwyty dozwolone, a między wierszami wyczytać możemy dużo ważnych informacji.

Z dyskusji (pyskówek) pod artykułami przebija się przede wszystkim spora frustracja środowiska nauczycielskiego. Frustracja ignorancją osób, które wymyślają co chwilę swoje dobre zmiany, a wszystkie problemy spadają na barki belfrów, którzy często nie dają po prostu rady. Na zasadzie – ktoś coś chlapnie, a ty się martw jak to zrobić. Dzisiejsze zmiany nie są tutaj wyjątkiem. Z wielu wpisów przebija tęsknota za dawnym światem sprzed rewolucji cyfrowej i obyczajowej. Przebija też samokrytyka, spowodowana rozdźwiękiem pomiędzy tym co powinniśmy, a tym co robimy. Bo problemy tkwią też w nas. Nie zawsze potrafimy przystosować się do zmieniającej się sytuacji.

Wielu internautów narzeka na spadający poziom nauczania, lecz niewielu wiąże to z mniejszą ilością dzieci, a już zupełnie niewielu ze swoją rolą w tym wszystkim. Przykład. Zacytuję kilka wpisów w jednej z dyskusji (pisownia oryginalna). Najpierw nauczyciel o ksywce Yanique, który krytykuje spadek poziomu po wprowadzeniu gimnazjów:
~Yanique : Uczę w szkole średniej 22 lata i mam porównanie, jak dobrze byli przygotowani uczniowie po szkole 8-klasowej, a teraz gimnazjum „produkuje” cząstkowych analfabetów. W szkole średniej odebrano nam w cyklu nauczania rok w technikum i rok w liceum, to katastrofa w przygotowaniu do studiów, czy do zawodu w technikum. (reszty nie cytuję, bo są wątki polityczne).

Potwierdza to gość podpisujący się jako se, ale zauważa już pewien problem, którego nie zauważył Yanique:
~se do ~Yanique: Też jestem nauczycielem technikum od prawie 40 lat i potwierdzam to co piszesz. Poziom makabryczny – nie wiem jak ci absolwenci zdają maturę skoro często pisać nie bardzo potrafią a zeszyty z lekcji wyglądają jak kiedyś brudnopisy. Nie jest to wina młodzieży, ba ona cierpi najbardziej bo taki pęd – lepiej do technikum niż zawodówki chociaż predyspozycji żadnych. Poziom różnymi ministerialnymi dyrektywami obniżany by ci mało zdolni ,,umordowali jakoś” wymagania na czym tracą uczniowie bardziej zdolni. Z kiepskiej mąki chleba nie da się upiec ale nauczyciele muszą z ,,tłuków” zrobić maturzystów bo ci są pożywką dla prywatnych uczelni od mydła i powidła. Męka straszna.
Ten istotny szczegół który zauważył se, to fakt, że nie jest to wina młodzieży i że istnieje pęd słabej młodzieży do liceów, zamiast do zawodówek. Zauważył też rozmnożenie się mnóstwa prywatnych szkółek zamieniających miernoty w magistrów za czesne (pisałem o tym kiedyś na blogu).

Temat rozwija nauczycielka gimnazjum, podpisująca się ren, jednak ona zwraca uwagę na zupełnie inny aspekt tego problemu:
~ren do ~Yanique: A ja uczę w gimnazjum i stwierdzam, że za niski poziom uczniów w liceach odpowiadają szkoły średnie, które ze względu na postępujący niż demograficzny rekrutują wszystkich, którzy się nadarzą, bez względu na oceny i wyniki egzaminu gimnazjalnego- byle tylko zapełnić klasy i dać godziny nauczycielom! Dawniej do liceów i techników szła „elita” klas ósmych – 10 % klasy – reszta do zawodówki. Obecnie dwóch moich uczniów , którzy kończyli gimnazjum jako uczniowie z tzw. niepełnosprawnością intelektualną w stopniu lekkim/orzeczenie na trzeci etap kształcenia / – też uczęszcza do szkoły średniej – przepychają ich z klasy do klasy- a potem lamentują, że gimnazja itd.. Istny absurd!

Ren zwraca uwagę na problem tkwiący w nauczycielach i ich potrzebach bytowych. Walka o życie? Chyba tak, bo przecież z czegoś trzeba żyć. Przecież wiele szkół średnich w sytuacji drastycznego ubytku młodzieży obniżyło loty, wielu nauczycieli obniżyło wymagania. Uwaga, bo to ważne! TEN PROCES (PROCEDER) POWINIEN PRZEŚLEDZIĆ KAŻDY KTO CHCE SIĘ O OŚWIACIE WYPOWIADAĆ, PISAĆ O NIEJ, LUB JĄ REFORMOWAĆ!!!

A więc: wiele szkół dostało słabszą młodzież, bo było tej młodzieży mniej (niż demograficzny) i konkurencja o uczniów większa. Przyjęli więc do szkoły słabszych, choć nie musieli, ale zdecydowali się na to, bo inaczej ich szkoły upadłyby. Proces prosty: mniej młodzieży = mniej dobrych uczniów. Po jakimś czasie niektóre licea nie stawiały już żadnych wymagań, oprócz okazania świadectwa ukończenia gimnazjum. Słabsza młodzież (przyjęta na własne życzenie, żeby szkoła mogła przetrwać) obniżyła poziom szkół, bo gdyby trzymać wysoki poziom to… trzeba by większość usadzić w pierwszej klasie. No ale tak szkoła funkcjonować nie może, bo się sama zamknie! Do tych, którzy próbowali jeszcze trzymać poziom, przychodzili słabsi uczniowie. Ci też musieli obniżyć loty. Obniżać poziom zaczęli więc prawie wszyscy, robili to by zdobyć klienta, czyli ucznia, no… może oprócz liceów naprawdę elitarnych. Dobre licea stały się średnie. Średnie przyjmowały każdego kto się rusza i ukończył gimnazjum. Nauczyciele przyzwyczajeni do lepszych uczniów narzekali na nową rzeczywistość, mimo że sami byli sprawcami tego obniżenia jakości! Przecież o obniżeniu wymagań przy naborze decydowały Rady Pedagogiczne!!! Mogli trzymać poziom, ale nie starczyłoby dobrych uczniów (a nawet średnich) do wszystkich szkół ponadgimnazjalnych. Szkół było zbyt dużo. Szkoły aby nie upaść, obniżyły wymagania. A że człowiek (a Polak w szczególności) nie lubi czuć się winny, zwalono winę na gimnazjum, które rzekomo słabo uczy… Przez to też upadły zawodówki, bo słabi gimnazjaliści witani byli z otwartymi rękoma w liceach (a rodzice patrzący na swe marne pociechy przez różowe okulary, chętnie przyklaskiwali na ten awans społeczny). A powinni iść do zawodówek!!! Oczywiście za obniżeniem poziomu liceów poszło obniżenie progów na maturze, bo… zbyt wielu by jej nie zdało. Na to politycy nie mogli pozwolić, bo ich błędy i złe decyzje wyszłyby na jaw. Nauczyciele oczywiście narzekali, ale nie buntowali się poza pokojem nauczycielskim, bo wiedzieli, że wyższym wymaganiom nie sprostaliby ich uczniowie i wyszłoby, że mało osób zdaje maturę, a oni nie potrafią uczyć. Bali się łatki nieudacznika i utraty pracy. Na wyższych uczelniach też narzekali, ale przyjmowali każdego, kto prześlizgnął się ponad 30% próg (często po naciągnięciu wyniku…). Chcieli przetrwać, dlatego robili studenta z takich, którzy 20 lat temu nie mogliby nawet marzyĆ o akademickich progach. Wszyscy brali udział w tym procederze. Niektórzy aktywnie, niektórzy milcząc i odwracając wzrok. Ale ci milczący nie są mniej winni. Ten proceder trwa i nie zniknie po likwidacji gimnazjów. Dlaczego? Odpowiedź jest banalna – jest coraz mniej dzieci, a szkół tyle samo. Polki rodzą zbyt mało i zbyt późno, a uchodźców nie chcemy. Pat.

Paradoksalnie w tym wszystkim najmniej zawiniły gimnazja… Miały swój rejon, przypisanych uczniów. Jedni chcieli się uczyć, inni nie (jak to w wieku małpiego rozumu). Ale gimnazja podawały na koniec bardzo ważną informację – wynik egzaminu gimnazjalnego. Czarno na białym! Nic nie mogły ukryć. W zależności od szkoły i środowiska w jakim szkoła funkcjonowała, po skończonym gimnazjum do szkół średnich powinno pójść 20-50% uczniów. A ilu szło? 80-90%? Kto ich przyjął? Szkoły średnie. Wiedziały? O tak, zbierały przecież ich świadectwa i notowały wyniki z egzaminu. Licea przyjęły słabeuszy na własne życzenie by nauczyciele nie stracili pracy i aby nie zamknąć szkół. Jeśli ktoś tego nie rozumie, sam jest głąbem…

Nie jestem tutaj bez winy. Na moich oczach topniały progi przyjęć do liceów, aż stopniały do zera, aż zaczęliśmy o ucznia konkurować, aż zaczęliśmy być w tym wszystkim śmieszni. Liceum staje się cyrkiem, w którym błaznujemy aby gimnazjalista raczył wybrać właśnie naszą szkołę (i nic więcej na start od niego nie wymagamy). Jesteśmy śmieszni… Bo jak inaczej nazwać wmawianie uczniowi, który powinien być murarzem, kucharzem lub fryzjerem, że jest licealistą i może iść na studia… Uwolniłem się od tego, rzuciłem pewną pracę i nie wiem czy za rok będzie jeszcze dla mnie praca w oświacie. Ale dojrzałem do tego, aby spojrzeć prawdzie w oczy. Pozostanę w świadomości, że w pracy pozostaną ci, którzy nadal będą psuć system, aby tę pracę mieć. Bo końca tego procederu nie widzę. Likwidacja gimnazjów tego nie zmieni.

Oczywiście kij ma dwa końce i jest tutaj drugie dno. Nie tylko nauczyciele zawinili. Cały dorosły świat nie stanął na wysokości zadania. Zawinili politycy szukający rozwiązania tam gdzie go nie było. Zawinili rodzice w swych różowych okularach. Winni są samorządowcy, że nie zmniejszyli ilości uczniów w oddziałach, co umożliwiłoby przetrwanie szkół, które nie musiałyby tak drastycznie obniżać wymagań. Nie zmniejszyli, bo na oświacie najlepiej się oszczędza. Bo jak nie wiadomo o co chodzi, to chodzi o pieniądze.

2 kommentarer

  1. Rafał Orlikowski

    Styczeń 13, 2017 at 6:19 pm

    *Jeśli chodzi o obecną reformę edukacji, dodałbym jeszcze czynnik ideologiczny,
    taki w stylu ”moja jest tylko racja i jest mojsza niż twojsza, bo moja racja jest najmojsza” ale to nie tylko taki ślepy upór, żeby za wszelką cenę postawić na swoim.
    To przemyślana strategia przejęcia kontroli nad umysłami dzieci, która pozwoli stworzyć nowy model obywatela. Bardzo mocno kojarzy mi się to z tym, co powiedział psycholog John Watson: ”Dajcie mi dziecko spłodzone przez dowolną parę rodziców i dajcie mi pełną kontrolę nad środowiskiem, w jakim będzie ono wzrastać – a sprawię, że wyrośnie na wybitnego uczonego, artystę, politycznego przywódcę, czy też, jeśli tylko będę tego chciał, zostanie pospolitym przestępcą.” tylko tutaj chodzi nie o pojedyncze dziecko, tylko
    o wymodelowanie całego społeczeństwa- jak w sekcie. Brzmi to jak jakaś kolejna bzdurna teoria spiskowa, rodem z filmu Sci-Fi klasy B lub nawet C
    i przy kolejnych wyborach cały ten plan układany nocami w biurze na ulicy Nowogrodzkiej, zostanie zasypany kartami do głosowania przez ”obywateli tego gorszego sortu”. Ale zanim do tego dojdzie, to jeszcze wiele rzeczy zostanie zniszczonych, a odbudowa i powrót do normalności zajmie dużo więcej czasu niż te ”orwellowskie”cztery lata, które musimy przetrwać.
    No nic, trochę pofantazjowałem sobie, podejmując próbę podróży do wnętrza umysłów członków rządzącej partii.

    Ale odnosząc się do tematu, to zostało tu przedstawione jak wiele czynników przyczyniło się do trudnej sytuacji w oświacie. Widać, że nie stało się to nagle, tylko trwało to latami i muszę się tu zgodzić, że nie można wskazać tylko jednego winnego. Na przestrzeni lat zmieniali się politycy, którzy mieli lepsze i gorsze pomysły na polską szkołę, tylko to co wprowadzili teraz obecnie rządzący w żaden sposób nie ulepszy poziomu w szkołach. Wręcz przeciwnie, zrujnuje to co przez lata zostało wypracowane. Przyjmuję do wiadomości i zdaję sobie sprawę, że jak wprowadzano gimnazja, pojawiały się problemy i trudności. Początek drogi nie był łatwy ale jak już udało się przeprawić przez wyboje, pokonać zakręty i wjechać na prostą równą drogę, kiedy już nabrało się prędkości, to obecni rządzący pod tą drogą wysadzają most. Tylko jeszcze nikt nie wie, jak stroma i głęboka jest przepaść, w którą runie oświata.
    Odnośnie tego fragmentu: ” Winni są samorządowcy, że nie zmniejszyli ilości uczniów w oddziałach co umożliwiłoby przetrwanie szkół ”- i to jak cholera winni, gdyby zdecydowaliby inaczej, to byłaby duża szansa, że placówki ze słabszymi wynikami równałyby w górę. Mniejsza ilość uczniów w klasie, to komfort dla nich, jak i dla nauczycieli, to więcej czasu, który można przeznaczyć na pojedynczego ucznia, a także na jego rodziców. Tylko samorządowcy zadecydowali właśnie tak ponieważ kierowali się tylko jednym wyznacznikiem i tu znowu pozwolę sobie zacytować: ”Nie zmniejszyli, bo na oświacie najlepiej się oszczędza. Bo jak nie wiadomo o co chodzi, to chodzi o pieniądze.”. I jak zwykle, wszystko rozbiło się o kasę, no ale o tym to nawet każdy uczeń wie- nawet taki uczeń, który chodzi do szkoły z tym ”najniższym poziomem”. Nie warto było zmniejszać ilości uczniów w placówkach, bo to byłaby inwestycja, której opłacalność byłoby widać po latach, a oszczędzone w ten sposób zera było widać w budżetach od razu.

    Nie oszukujmy się, ale szkoły ”te lepsze i te gorsze” istniały zawsze, ponieważ zawsze puszcza różni się od pustyni (wiadomo to chociażby ze szkolnej lektury), w każdym mieście są dzielnice lepsze i te gorsze, co ma duży wpływ nie tylko np: na czystość elewacji budynków, obsługę w sklepie, ale również na poziom szkoły. Jeśli się nie mylę, to za czasów dawnych ośmioletnich podstawówek, jak i obecnych jeszcze gimnazjów istnieje coś takiego jak rejonizacja. Owszem, zgadzam się i z tym: ”Jedni chcieli się uczyć, inni nie (jak to w wieku małpiego rozumu).”, a środowisko podwórka przenosiło się do szkoły, ci co mieli chęci, talent, ambicje, często woleli tego nie ujawniać, bo od grupy lepiej nie odstawać, więc trzymali niski pułap, lepiej się jest nie wyróżniać. Tak, presja grupy rówieśników, to olbrzymie obciążenie i nie każdy sobie z tym poradzi.
    A rodzice, no cóż, bardzo często kwestie wychowania przerzucali właśnie na szkołę i nauczycieli i to w całej rozciągłości. ”Ma się nauczyć, czytać, pisać, liczyć, wiedzieć gdzie Afryka leży, że Ameryka to nie tylko USA, że nie wolno kopać psa, że Cię może kopnąć prąd, a w ogóle idź już stąd, tata chce oglądać mecz, mama też zajęta jest”.
    Koniec, wystarczy, stop, bo chyba za bardzo się rozpędzam i to w różnych kierunkach.
    Panie Jarosławie, poruszył Pan tutaj tyle rzeczy, tak złożonych, tak zależnych od siebie, że nie da się do nich odnieść w sposób krótki. Jeszcze chwila i mój komentarz, zrobi się dłuższy niż temat, na który się wypowiadam. Może ”Kto tutaj nabałaganił?”, powinien ukazywać się w odcinkach? W końcu, to co dzieje się z oświatą, dotyczy wszystkich i wszystkiego. No i gdyby ludzie jeszcze zechcieli to przeczytać, ale tak ze zrozumieniem pańskiego tekstu i zastanowić się nad tym, to też przyznaliby Panu rację, a co niektórzy zapewne uderzyliby się w pierś, bo w tym ”bałaganie” dostrzegliby ”swój paproszek zaniedbania”. Naświetlił Pan skąd wzięły się problemy w oświacie, bo problemy, które dopiero na oświatę spadną w większości są nie do przewidzenia, ani ich wielkość, ani zasięg, ale miazga oświaty jest całkiem możliwa.
    Lepiej już zakończę, pisanie tego komentarza, bo się rozwlekłem i może nawet już błądzę i sam nie wiem, gdzie dalsze pisanie mogłoby mnie zaprowadzić. To dokładnie tak samo, jak Pani Zalewska nie wiedziała dokąd zmierza pisząc swoją ustawę o reformie oświaty.

    *za błędy odpowiada Windows

  2. Dziękuję za te słowa. Zgadzam się z każdym słowem, z każdym wnioskiem. Szkoda, że tak mało ludzi to rozumie. Pozdrawiam :)

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

*