Jarosław Bloch

CO Z TĄ EDUKACJĄ?

Prestiż i autorytet w czasach popkultury

Wielokrotnie słyszałem z ust polityków o działaniach na rzecz zwiększenia prestiżu zawodu nauczyciela. Ale czy jest to coś co możemy ot tak zwiększyć? Czy da się to zrobić siłą lub decyzją administracyjną? Z pewnością nie. Jednak na pewno można z wielu stron wspomóc nauczycieli aby ich autorytet wzrastał. Ale pamiętajmy, że ostateczny efekt i tak będzie uzależniony od działań belfra.

Prestiżu nie wprowadzimy siłą, odgórnie. Szczególnie w Polsce, w której ślady szlacheckiej anarchii widać w niemal każdej debacie publicznej. Trzeba więc próbować szczęścia oddolnie, ale i tu nie jest łatwo. Aby był szacunek do belfra, musi być szacunek społeczeństwa do wiedzy. Niestety w Polsce rolę wyroczni przejęła w ostatnich latach sieć internetowa, której autorytet jest tak olbrzymi, że wielu nie dostrzega jej drugiej, tej gorszej strony, epatującej populizmem, niewiedzą, głupotą i agresją. Ten proces widać w całym, wydawałoby się, cywilizowanym świecie. Niezdolność do oddzielenia prawdy od fałszu może doprowadzić naszą cywilizację na skraj przepaści. Ale fetyszyzacja internetu jest faktem. Nie możemy się więc na internet obrażać, bo jesteśmy w tej rozgrywce na z góry przegranej pozycji. Powinniśmy się raczej stać przewodnikami po dobrej stronie internetu. Pokazywać jak z niego twórczo korzystać, jak szukać wiarygodnych informacji, uczyć krytycznego myślenia, piętnować bzdury. Nieść kaganek pod strzechy i cieszyć się z każdej nawróconej na wiedzę duszy. Czy wszyscy to robimy?

Niektórzy się starają, ale wsparcia z góry brak. Wzrostowi prestiżu nie pomagają politycy. O ile na oficjalnych uroczystościach piękne gesty, słowa i medale rozdawane są przez polityków bardzo chętnie, to za pięknymi słowami nie idą żadne działania, które mogłyby te piękne słowa podbudować. Kolejne reformy obliczone na ograniczenie kosztów sprawiły, że nauczyciele zaczęli gonić za godzinkami. A belfer wpadający do szkoły z innej szkoły, zagoniony i spocony, prestiżu zawodu raczej nie podnosi. Jest raczej przykładem upadku, chodzącą wątpliwością ucieleśniającą myśl: czy warto się uczyć…

Spadek prestiżu ma też podłoże finansowe. Prestiż, elitarność zawodu wymagają wymiernego, finansowego efektu wykonywanej pracy. Ale politycy wolą siłaczki i siłaczy, którym wmawiają, że nieładnie upominać się o pieniądze, bo przecież misja i powołanie są ważniejsze od kasy. Może tak, ale w świecie w którym konsumpcjonizm stał się nową religią, ciężko stać się autorytetem z pensją niższą niż np. dochody spawacza, murarza czy operatora koparki.

Hasło „obyś czyjeś dzieci uczył” w dzisiejszych czasach nabiera nowego wymiaru. Rodzice gonią za pieniędzmi, zaniedbując czasem wychowanie dzieci. Polityków obchodzą tylko słupki poparcia i własny PR. Nauczyciel traktowany jest często jak państwowa opiekunka do dziecka. Taka co ma nauczyć, ale także wychować i rozwiązać problemy, na których rozwiązywanie zagonieni rodzice nie mają czasu. Rodzic ubiera i daje żreć, polityk zapewni miejsce do nauki, a nauczyciel zrobi resztę (i jest przy tym dość tani). Często też u rodziców włącza się spychologia, bo przecież nikt nie lubi czuć się winnym swoich błędów wychowawczych, lepiej zwalić na szkołę. A z tego co zauważyłem ilość błędów wychowawczych popełnianych przez rodziców jest wprost proporcjonalna do czasu spędzanego w pracy, do ilości kupowanych gadżetów mających nadrobić deficyt spędzanego z dzieckiem czasu, do coraz mniejszej ilości godzin rozmów oraz wykonywanych wspólnie zadań i czynności domowych… Na belfrownię psioczą już nawet mamuśki przedszkolaków. Bo skoro pani w przedszkolu ośmieliła się zwrócić uwagę na sposób żywienia, na czas spędzany przed TV, lub na inne rzeczy, więc na pewno nie dość, że się nie zna, to na pewno jeszcze z niej głupia suka, która nawet nie potrafi się dobrze ubrać (i takie rzeczy się słyszało). Dziecko słucha, a autorytet ulatuje jak powietrze z przebitej dętki… W czasach gdy wiele mam i tatusiów żyje już na Facebooku (tak, to już to pokolenie), ich rzeczywistość chce sięgnąć wyretuszowanego ideału. Nie ma tu miejsca na rozwiązywanie problemów o których mówią w szkole.

Sami także nie jesteśmy bez winy. Musimy nie tylko chcieć prestiżu ale… go nie obniżać. Niestety wielu nauczycieli robi wiele aby obniżyć prestiż całego środowiska, psując tym samym robotę innych. Wiadomo, że na zyskanie prestiżu trzeba pracować ciężko i latami, a stracić go można bardzo szybko. Pracując w tym zawodzie od wielu lat, widziałem wiele. Środowisko jawi mi się jako zbiorowisko malkontentów, którzy są mądrzy jedynie w obrębie pokoju nauczycielskiego, bo przy swoich dyrektorach i poza szkołą już nie. Nawet tak prosta sprawa jak uświadomienie społeczeństwu ogromu zaangażowania jakie wkładamy w kształcenie i wychowanie młodego pokolenia, zaprzepaszczony jest przez stereotyp nieroba mającego zbyt wiele wolnego i zajęcia do 12. I niewielu z nas robi cokolwiek aby ten stereotyp zburzyć, niewielu uświadamia znajomym, że to wolne jest nam narzucone i wypada w najdroższej części sezonu, że na początku lipca i od połowy sierpnia wielu z nas pracuje przy rekrutacji i poprawkach, że lekcje to tylko część pracy, a druga część wykonywana jest w domu, często do późnej nocy. Dlaczego nie burzymy tych mitów z większą stanowczością? Pamiętajmy, że to my jesteśmy ci nieliczni, których zachowanie zawsze jest na świeczniku, na których spogląda tłum dzieciaków w trudnym wieku. Dlatego powinniśmy zwracać szczególną uwagę na to co mówimy i jak się zachowujemy…

Media też nas nie rozpieszczały, przyłożyły palec do utrwalenia złego stereotypu. Miałem wielki żal do naszych dziennikarzy, którzy kilka lat temu nakręcili wielką i kłamliwą kampanię o rzekomo wielkich zarobkach nauczycieli, o pozostawianiu dzieci bez opieki w ferie itp. Przez parę tygodni mieli temat, a uszczerbek na wizerunku pozostał na lata. Tak jak z pavulonem i karetką śmierci, która swego czasu jeździła po Łodzi. Z pojedynczych zdarzeń robi się regułę, a uszczerbek na wizerunku pozostaje.

W walce o prestiż sami jesteśmy często bierni. Ale… przykład bierności idzie z samej góry. Główna nauczycielka kraju – Pani Prezydentowa – dała przykład. Nie zajęła wyraźnego stanowiska wobec ekspresowych zmian w oświacie, mimo że nawet znane licea i uczelnie wypowiedziały się o bezzasadności wprowadzanych zmian. Wielu na nią liczyło, a ona weszła jedynie w rolę kwiatka w butonierce męża. Autorytet? Sama nawet nie wie jak swoim zachowaniem ów autorytet obniżyła, utrwalając stereotyp środowiska z którym można zrobić wszystko.

Czy trwa, jak to wielu mówi, nabór negatywny do zawodu? Nie wydaje mi się. Ilość podań o pracę na każde wolne stanowisko temu przeczy. Jest z czego wybierać. Negatywne jest za to zderzenie z rzeczywistością. Przestarzały sprzęt, przepełnione klasy, lokalne układy, niskie pensje, obojętni rodzice, bieganie pomiędzy szkołami… Walkę o autorytet zastępuje walka o przetrwanie. Walcząc o przetrwanie nie budujemy prestiżu, każdy o tym wie, więc wypowiadane na uroczystościach górnolotne słowa polityków są tylko pustymi sloganami.

Zresztą… to nie XIX wiek, czasy zbiorowego prestiżu odchodzą w przeszłość. Trzeba zrozumieć, że prestiż za to jakie stanowisko się zajmuje, ustępuje prestiżowi za to jak się pracuje. Prestiż zawodu ustępuje prestiżowi dobrze prowadzonych szkół. Wielka tutaj jest rola dyrektorów, którzy dobierają sobie zespół nauczycieli. Ale też wielka rola rad pedagogicznych, bo te też powinny protestować gdy zamiast fachowca zatrudniana jest kolejna psiapsiółka po znajomości. Bo w czasach wolnego rynku prestiż szkoły równa się dobry PR i dobry nabór…

2 kommentarer

  1. Zgadzam się z Pańskimi tezami, ale … używanie określenia „belfer” też tego prestiżu nie podnosi.

    • Jarek Bloch

      Kwiecień 10, 2017 at 10:00 pm

      Słusznie. Szczerze mówiąc czekałem, aż w końcu ktoś się oburzy ha ha. Nauczyciel lub mistrz brzmi zdecydowanie lepiej. Ale od razu wyjaśniam. Na moim blogu często celowo używam tego określenia. Trochę ze skromności, bo nie staram się być na tym forum żadnym autorytetem, a raczej głosem w dyskusji. Trochę prowokacyjnie. Poza tym język też ewoluuje i w dzisiejszych czasach to określenie jest już może mniej obraźliwe, a bardziej skraca dystans, wyprowadza nas z tej wieży z kości słoniowej, w której kiedyś tkwił ten zawód…

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

*