Wychodząc poza bieżące tematy, związane z przewracaniem do góry nogami wszystkiego co było dotychczas, podejmuję znowu temat jakości nauczania. Oczywiście nie jest to temat zupełnie oderwany od wprowadzanych zmian w oświacie. Ba, wzrostem jakości wszystko się przecież tłumaczy. Lecz brutalna prawda jest taka, że po niepotrzebnej rewolucji organizacyjnej i kadrowej trzeba będzie naprawdę zmierzyć się z problemami, które czekają od dłuższego czasu na rozwiązanie. Bo to nie jest tak, że przed reformą było wszystko cacy. Problemy narastały, zresztą… z tego powodu powstał ten blog.

Nauczyciele uczą. Skutek tego uczenia jest bardzo różny, w zależności od grupy, środowiska z którego uczniowie się wywodzą. W gimnazjum uczniowie się uczą, niektórzy solidnie, ale większość aby zdać, z czego duża część robi tzw minimum z minimum. A potem prawie wszyscy idą do liceum i na studia. Patologia? Owszem. Bo gdy wszyscy idą do liceum i na studia, to brakuje nam zwykłych robotników. Teoretycznie robotników można sobie sprowadzić, ale polskie społeczeństwo jest na tyle hermetyczne, że przecież żadnych „czornych” i „ciapatych” tutaj nie chce. Ale zaraz zaraz. Nie chcemy aby nasze dzieci były robotnikami, nie chcemy robotników z zagranicy, to… kto do cholery będzie robił na te „pińćset”?

Oj namnożyło się dziadostwa w tej Polsce, namnożyło… Dzieci mało, więc szkoły średnie obniżyły wymagania do granic absurdu, aby przetrwać. Niewiele trzeba robić aby się tam dostać i zdać. To właśnie było też powodem obniżenia rangi egzaminu gimnazjalnego i gimnazjum w ogóle. Bo po co się uczyć skoro i tak liceum weźmie każdego głąba z pocałowaniem ręki? Hulaj dusza zasad nie ma. Jakoś się głąba przepchnie do klasy maturalnej, a tam już czeka matura na „niezwykle ambitnym” poziomie 30%. Ale spokojnie droga młodzieży, egzaminatorzy maturalni postarają się, aby zdał też ten co osiągnie 25%, bo taka praca nazywana jest już progową ha ha. Trzeba się naprawdę postarać aby nie przejść przez ten system… Ale to nie koniec. Na przepychanego głąba czekają z chlebem i solą uczelnie wyższe, które przepchną go przez studia, a na koniec przymkną oko na pracę wykonaną metodą kopiuj wklej. Wszystko niby się kręci, ale wokół jakby wszystko zeszło na psy. Staniał profesjonalizm, solidność, kultura, punktualność… Coraz mniej nas razi partactwo, niewiedza, bezczelność, chamstwo. Bo coraz więcej tego wokół.

Sytuacja z życia wzięta. Liceum dzienne. Klasa w 90% na poziomie zawodówki. W dzienniku same jedynki, no ale nie uwalę całej klasy. Nie można, mimo że ochota jest. Nie zdadzą tu, to pójdą gdzie indziej gdzie zdadzą, a klasy nie będzie i szkoła upadnie. Robię test na poziomie zawodówki. Wyniki: kilka jedynek, reszta dopy, tudzież jakaś trójka. Gwiazdy dumne z siebie. Nie wytrzymuję i mówię, że to test z zawodówki. Mówię, bo nie potrafię patrzeć na ich samozachwyt. Chcę w nich wzbudzić zakłopotanie i zawstydzenie. Efekt żaden. Nawet nie potrafią tego skumać. Są tak beznadziejnie głupi lub do bólu bezczelni.

Doskonale widać to po ocenach uczniów. Pamiętam gdy wprowadzano sześciostopniową skalę ocen. Ocenę mierną (czyli 2) wprowadzono aby pozbyć się trójek z dwoma minusami (3=). Dziś normą jest, że do dwójek dopisuje się minusy. A uczeń na 2- to taki jedynkowicz któremu coś się udało strzelić lub ściągnąć… Taka prawda. Zresztą sama zamiana miernego w dopuszczający to pochwała bylejakości. Wszak nikt nie chce być mierny, ale dopuszczający już większości uczniów nie razi (a nawet się z niego cieszą, na zasadzie: Zaliczone! Hurra!). Dopuszczający ładniej brzmi, ale czy nie lepiej aby uczeń poczuł, że jest mierny i chciał się poprawić?

Dalej. Wprowadzenie takich udogodnień jak promocja z jedynką, co miało być ratunkiem dla tych z problemami życiowymi, a stało się kolejnym prawem chętnie przyjętym przez ogół uczniów i ich rodziców. Oczywiście rada może się nie zgodzić, ale wtedy rodzic może zabrać dziecko tam gdzie rada się zgodzi. Ot rynek. Podobnie jest z nauczaniem indywidualnym, które pomyliło się niektórym poradniom z douczaniem, a rodzicom z przepychaniem do następnej klasy. A może poradnie powinny częściej sugerować powtórzenie klasy w podstawówce? Dziecko spokojnie nadrobiłoby braki, bo jeżeli z brakami z podstawówki znajdzie się w liceum, to nie dziwne że jest nerwowe, ma depresję lub fobię szkolną. Sam byłbym nerwowy, gdybym przyszedł do pracy nieprzygotowany. Inna sprawa, że wszelkie ulgi kończą się w momencie ukończenia szkoły, a człowiek, któremu wiecznie coś ułatwiano, zderza się brutalnie z rzeczywistością. Nieprzygotowany do życia… To co? Damy im wszystkim renty? Kto za to zapłaci? Kto będzie pracował?

To wszystko wpisuje się w szerszy problem, którym jest nadmiar praw danych uczniom i ich rodzicom, i niedostatek obowiązków, które w dodatku ciężko egzekwować. Czy nikt nie widzi, że wszystkie udogodnienia po jakimś czasie stają się oczekiwanym standardem? Że jedziemy w dół? Że rozleniwiamy do granic absurdu młode pokolenie? Że nasza dobroć obraca się przeciwko uczniom i jakości ich edukacji?

Na fali tego dziadostwa wyrosły jak grzyby po deszczu weekendowe szkoły, w których daje się średnie tym, którzy nie byli w stanie przejść nawet tej łatwej, państwowej ścieżki nauczania. Na fali tego dziadostwa powstało mnóstwo prywatnych uczelni, które nigdy nie powinny powstać. A potem mamy całą rzeszę młodych „wykształconych”. Całą rzeszę młodych pracowników, którym już na starcie nie chce się pracować za „takie pieniądze”. Można by długo wymieniać. Łączy ich poczucie nieomylności, roszczeniowość, brak empatii i wielkie poczucie krzywdy. Nie wiedzą nawet, że są ofiarami systemu, który postawił ich w hierarchii wyżej niż być powinni. Odbiciem tego wszystkiego są nasi politycy, których kwintesencją stał się Misiewicz ze swoją szybką ścieżką awansu z apteki do ministerstwa. On też z pewnością czuje się skrzywdzony i nie widzi problemu w swojej zawrotnej karierze zawodowej. A szczytną ideę profesjonalnej i bezpartyjnej służby cywilnej pogrzebali dawno temu sami jej pomysłodawcy…

Sytuacja z życia wzięta. Szkoła dla dorosłych. Ostatni zjazd. Wystawiam oceny. Przychodzi młoda kobita. Mówi, że ona pierwszy raz na zajęciach, ale frekwencję ma ok. Że co? – się pytam, pokazując swój notatnik, gdzie notuję obecności. Zero. Pierwszy raz widzę. Ale ona znowu, że frekwencję sobie załatwiła i jest ok, czyli 100%. Sekretariat zrobił swoje, odwalił ściemę, wszak słuchacz na wagę złota. Ręce opadają. Oburzony odsyłam z niczym, ale wiem, że jak nie u mnie, to gwiazda zaliczy gdzie indziej. Swoje osiągnie. Niewyparzoną gębą można ostatnio w Polsce wszystko.

Powiedzmy sobie szczerze. Jakość staniała. Cywilizacyjnie przesuwamy się na wschód, gdzie solidną i uczciwą pracę zastępuje klientelizm, znajomości i układy. Widać to w urzędach, spółkach skarbu państwa, w samorządach. Fachowiec jest kłopotliwy, mówi niezrozumiałe rzeczy, ma jakieś dziwne wymagania. Swój się nie odezwie. Lepszy mierny, ale wierny. Nasz system oświatowy nie okazał się wentylem bezpieczeństwa. Nie jest sitem oddzielających fachowca od głąba. Mimo dobrej konstrukcji coś nie zadziałało. Według mnie zawinił czynnik ludzki. To nasze polskie jakoś to będzie. Z różnych powodów jako nauczyciele przestaliśmy wymagać, a po drugiej stronie zamiast głosów oburzenia usłyszeliśmy głośnie „UFF”. To uczniowie i rodzice odetchnęli z ulgą, bo przecież mniejsze wymagania to łatwiejszy papier, łatwiejsza ścieżka awansu. A że trochę oszukana i zbyt dostępna? W końcu w Polsce przez lata panowała zasada: Jak tu robić aby się nie narobić? Świetnie to widać przy problemie ściągania (oszukiwania), ściągają masowo dzieci i dorośli, nauczyciele często przymykają oko. Wszystko się kręci. Wiśta wio i do przodu. Z wymagań schodzi się łatwo, a przy powtórnym ich wprowadzeniu nie unikniemy krzyku oburzenia.

Sytuacja z życia wzięta. W radzie rodziców sami „interesowni”. Czyli tacy, którzy chcą coś dla swoich dzieci ugrać. No bo jak tu zostawić na drugi rok dzieciątko, którego rodzic tyle dla szkoły robi. Trza przecież mu jeszcze ocenę podnieść. Rodzic pokazuje, że po protekcji można wszystko, dziecko się „uczy”. Kiedyś powieli model, będzie dla niego naturalne, że się załatwia, a nie podejmuje wysiłek. Kilkakrotnie zetknąłem się z taką sytuacją.

Co więc uratuje naszą oświatę? Chyba trzeba by tu takiej oświatowej Margaret Thatcher. Nie będzie nią raczej Zalewska. Jej chodzi głównie o wstawienie swoich i produkcję kolejnych Miśków z awansu społecznego. Nie widzę osoby w Polsce, która chciałaby zwiększyć wymagania maturalne, wprowadzić progi do liceów, a co za tym idzie zlikwidować część szkół średnich i wyższych (z pożytkiem dla szkolnictwa branżowego). Wtedy można by powiedzieć: Za wysokie progi na głąba nogi! Może jakaś refleksja pojawiła by się w głowach uczniów i ich rodziców? Może dostrzegliby, że na PRAWDZIWY sukces trzeba, mówiąc wprost, zapierdalać?

Najgorsze jest jednak to, że te tabuny rozleniwionych, rozkapryszonych, przepychanych, robiących minimum z minimum uczniów, wchodzą na rynek pracy. Niejednokrotnie słyszałem narzekania pracodawców na młodych pracowników (nic nie potrafi, bezczelny i roszczeniowy, a uważa że wszystko mu się należy – tak mniej więcej mówią). I nie ma w tym przypadku. Nasza bylejakość wymagań ich tak ukształtowała. Dlaczego? Wystarczy spojrzeć na klasę polityczną, przykład idzie z góry… Wiedza nie jest w cenie, lecz znajomości, lojalność, uległość. A ludziska widzą, że z prowincjonalnej apteki można trafić prosto do ministerstwa i… cena wiedzy tym bardziej spada. Wiedzą staje się papka serwowana przez głupawe media. Tylko… ktoś kiedyś powie: sprawdzam. I może tych uchodźców powinniśmy się jednak bać, bo są często pracowitsi i bardziej zdeterminowani od nas…