Reformę szkolnictwa trzeba punktować na każdym kroku. Wytykać jej niedociągnięcia. Przypominać, że nie tędy droga do poprawy stanu oświaty. Może jedynie z tego powodu zapowiadany na 4 września protest nie będzie bezcelowy. Lecz nie czarujmy się, będzie jedynie pokazem, że jeszcze żyje ktoś, kogo razi wprowadzane dziadostwo, bo pokazem siły to już raczej nie będzie.

Nie trzeba być jasnowidzem aby przewidzieć wydarzenia 4 września. W Warszawie zgromadzi się z pewnością spora grupa protestujących ale, w porównaniu z demonstracjami w obronie sądów, będzie to mało znacząca garstka. Pokrzyczą, pogwiżdżą, pomachają flagami i… się rozejdą. Manifestacji w miastach wojewódzkich lepiej nie organizować, bo zgromadzą one zbyt mało osób, co byłoby tylko powodem do drwin. Sprawa reformy oświaty nie zniknie więc z debaty publicznej, jednak w końcu… przejdziemy nad nią do porządku dziennego. Dlaczego?

Odpowiedź wydaje się prosta. Jesienią zawsze jest sporo roboty, a ta jesień będzie wyjątkowo pracowita. Nauczyciele będą własnymi siłami poprawiać reformę, nadawać jej ludzki wymiar. I zrobią to jak zwykle za darmo, w poczuciu obowiązku za dzieci i młodzież. Ci którzy potrafią spojrzeć na problem szerzej, poczują się znów wyruchani, jak ostatni frajerzy i tania siła robocza. Ale będą w duchu szczęśliwi, że mają robotę. Bo wielu, mimo doświadczenia, po latach awansów i doskonalenia warsztatu, z pracą się przecież pożegna.

No chyba, że do Warszawy przyjadą tłumy. Wybiją kamieniami kilka szyb w ministerstwie, przewrócą kilka samochodów i je podpalą. A następnie pójdą na starcie z nacierającą policją, będzie krew, siniaki, popękane kości. Dużo szumu, policji, karetek i efekt medialny gwarantowany przez wiele tygodni. Ale tak się nie stanie. Wszak 5 września nauczyciele muszą karnie stawić się w pracy, więc 4 września trzeba wiele rzeczy przygotować i poczucie obowiązku zwycięży. Inni stwierdzą, że to przysłowiowa musztarda po obiedzie i trzeba dostosować się do nowych realiów. Jak zawsze.

Nieskuteczne protesty, mimo zaangażowania rodziców, uczniów, uczelni wyższych, ekspertów, są jednak najbardziej porażką nauczycieli. Tych tracących pracę lub godziny, tych zmuszanych do dostosowania się do bzdurnych wymogów polityków, którzy chcą przez edukację przepchnąć swoją prawdę… Jedni już wiedzą, że są narzędziem, zabawką w czyichś brudnych rękach, inni dowiedzą się już niedługo, jeszcze inni będą zachowywali się normalnie, udając, że niczego nie widzą. Tacy zawsze byli w tym zawodzie. Jak na tym tle wypadła centrala związkowa? Blado. Czas szykować się na wielki exodus zawiedzionych działaczy, powtarzających przez ostatni rok: dlaczego my nic efektywnego nie robimy? Zbyt ślamazarnie, zbyt zachowawczo, zbyt poprawnie politycznie. Kostka brukowa w stronę ministerstwa nie poleciała, szyby mają się dobrze. Gdyby związki tak działały w 1981, to komunizm nie upadłby do dziś… Główny nauczyciel kraju, smutny pan, który nie potrafił przekonać do oporu nawet wszystkich swoich działaczy, powinien odejść. Czas na zmiany. Będzie na tyle odważny?

Sprawa reformy oświaty nie zniknie z przestrzeni publicznej. Pozostanie jednak jedynie swego rodzaju panelem dyskusyjnym, w którym eksperci będą wytykali braki i niedociągnięcia. Jeśli rządzący będą choć trochę rozsądni, to wiele z tych uwag powinni uwzględnić, bo popłyną one z dołu, od praktyków. Polscy nauczyciele zachowają się jak zwykle, czyli podstawa swoje, a przekaz swoje. Tak jak za komuny starali się pewne sprawy przemilczeć, tak teraz przemilczą bzdury dołożone w podstawie programowej, a inne dopowiedzą poza programem. Chociaż nie mam złudzeń, że znajdą się także wśród nich piewcy nowego porządku. Wszystko po kilku latach się ustabilizuje, tylko… tylko koni żal… Bo przez te kilka lat, w których nowy podział organizacyjny okrzepnie i nauczymy się jak w nim pracować, świat ucieknie nam o kilka lat świetlnych. Jak to wpłynie na gospodarkę, innowacyjność, PKB, przygotownie młodzieży do pracy etc? Męski organ płciowy wie… Taka to reforma…