Lato, czyli świetny czas na odpoczynek i lenistwo. To czas w którym nadrabiamy zaległości towarzyskie. A po dobrej imprezie… wiadomo, dzień stracony. Czas gdzie rzadziej czytamy nieprzyjemne wiadomości, rzadziej kupujemy gazety, rzadziej wchodzimy na portale informacyjne. To czas wyjazdów, często w miejsca, w których są problemy ze złapaniem sygnału wi-fi. Czyli dla MEN świetny czas aby przepchnąć coś, co może być niepopularne i kontrowersyjne. To dla MEN idealny czas aby przeprowadzić konsultacje w sprawie nowych podstaw programowych.

Pośpiech zrozumiały. Cała pseudo-reforma jest robiona w pośpiechu, a nowy rok szkolny zbliża się wielkimi krokami. Jeszcze ktoś się przejmuje, aby procedura była zachowana. Tym co będzie w uwagach nadesłanych do MEN, już raczej nikt przejmował się nie będzie. No chyba, że będą to uwagi swoich, te uwagi MEN chętniej uwzględni. Ale warto robić szum, aby chociażby Miłosz, którego nie uwzględniono w podstawie, mógł tam wrócić. Podobno wróci, ale to człowiek znany, więc sprawa głośna. Nie mam złudzeń, że wiele niuansów z biologii, geografii, wos, historii, chemii nie będzie tak publicznie roztrząsanych jak sprawa Miłosza.

Każdy rozsądnie myślący wiedział, że nowe podstawy będą kalką poprzednich, uzupełnioną o sprawy ważne dla narodowej prawicy, a obciętą o sprawy nieakceptowane przez opcję rządzącą. Często dosłownie kalką, bo w szkołach branżowych, gdy moje koleżanki wgłębiały się w podstawy dla swoich zawodów, stwierdzały, że są przepisane. Ciężko wszak zindoktrynować podstawę dla piekarza, wędliniarza lub mechanika… Ale w przedmiotach ogólnokształcących rzeczywistość można już wykrzywić. I nie jest dla MEN ważne, że czasem poglądy rządzących kłócą się z naukowymi. O tym co jest nauką zaczynają decydować nasi politycy. Mamy tu do czynienia z nauką alternatywną, w kręgach naukowych nazywanych pseudonauką. Niestety rządzący obecnie są bezwzględni i nauczyli się jak za pomocą fake newsów, kształtować poglądy ludu na sprawy, które powinni kształtować naukowcy. Polityka znowu zawłaszcza naukę dla swoich celów.

Kompromitują się ci którzy zgodzili się pisać te nowe podstawy. Nie ma dla nich usprawiedliwienia moralnego, choć oni sami z pewnością stwierdzą, że chcieli ratować resztki jakości. Ale mogli odmówić, pani minister przecież nie napisałaby podstaw sama. Wszystko przemawiało za tym by odmówić. Ale zgodzili się. Firmują to swoim nazwiskiem. Niełatwo będzie im odzyskać twarz, gdy nadejdą normalniejsze czasy. A może oni liczą, że te normalniejsze czasy, w których nauka jest nauką a polityka polityką, już nie powrócą. Może kręci ich ten wstęp do dyktatury, który serwuje nam większość parlamentarna. Chyba tak, bo dzisiejsze podstawy są dobre. Można je było dostosować do nowej organizacji szkół bez ingerowania w ich treść.

Niestety konsultacje są tylko konsultacjami i nie mam żadnych złudzeń, że skoro MEN, rząd i większość parlamentarna były w stanie zignorować żądanie prawie miliona obywateli o referendum edukacyjne, to jak mieliby uwzględnić głupie kilka tysięcy uwag dotyczących podstawy… Konsultacje mają się odbyć. Żeby awanturnicy nie szczekali. Założę się, że wiele z opinii nie trafi nawet do odpowiedzialnych za to osób. Utknie gdzieś w rękach zatrudnionych po protekcji podwładnych, którzy już zadbają aby swym szefom nie popsuć humoru. A letni czas tych konsultacji, sprawi, że wiele nie będzie do roboty.

Sprawa Miłosza pokazuje dobitnie, że zmierzamy w stronę PRL w wersji narodowo-socjalistycznej. Wtedy także Miłosz był na cenzurowanym, a władza starała się kupić obywateli socjalem, strasząc lud zepsutym kapitalizmem. Wtedy także w szkole o pewnych rzeczach się nie mówiło. Tamten system zbankrutował, co powinno być dla wielu przestrogą, że ówczesnych rozwiązań nie warto naśladować…