Zmiany w oświacie wywołały jeden pozytywny skutek. O oświacie się rozmawia. Nareszcie. Inna sprawa co z tych rozmów wynika. Na razie środowisko oświatowe jawi się jako wielka, skłócona rodzina, w której ze spadku po dziadziusiu każdy chce wyrwać jak największy ochłap. Jest duża grupa niezadowolonych, ale są też pogodzeni z nową rzeczywistością. Jedni cieszą się, że coś zyskali, inni że mają pracę, jeszcze inni, że za dwa lata sytuacja zacznie się normować. Są też cieszący się, że ich szkoła w ogóle przetrwała. Nawet niektóre samorządy są zadowolone, że udało im się zamknąć jakąś szkołę, której nie wypadało zamknąć wcześniej. Tak to już jest. Ludzie szukają pozytywów i starają się urządzić w nowej rzeczywistości. O czymś zapomniałem? No tak… Jest jeszcze ten nieszczęsny dodatek do tej całej edukacji – uczeń. Bo tym, że w cyfrowej rzeczywistości XXI wieku, przenosi się go do sztywnych XX wiecznych ram niewielu się przejmuje, choć każdy ma na ustach jego dobro.

O edukacji pisze się ostatnio dużo. Ale raczej fragmentarycznie. Jedni piszą o sukcesach gimnazjów, inni mieszają je z błotem, jeszcze inni reformę sprowadzają do problemu pracy nauczycieli. Wiele pisze się o podstawach programowych, o kłopotach lokalowych, najmniej o tym jaka powinna być szkoła w XXI wieku. Cóż, temat w końcu wstydliwy, bo wyjdzie, że mało kto ogarnia edukację jako całość w XXI wiecznej rzeczywistości… Dlatego cenię takie głosy jak prof. Turskiego, który w Newsweeku (Uczyć, a nie szkolić – nr 38/2017) spróbował zdiagnozować kilka jej problemów. Zwrócił on uwagę na archaiczną strukturę naszej szkoły i nieuwzględnianie w programach nauczania, nowej rzeczywistości związanej z rewolucją cyfrową. Powiedzmy to sobie brutalnie: gdy młodzież funkcjonowała już na dobre w XXI wieku, my wciąż tkwiliśmy w XX.

Niewielu ogarniało całość. Wielkim wyzwaniem współczesnej edukacji jest umiejętne wykorzystanie technologii cyfrowej w procesie nauczania. Tak, aby wspomogła nauczanie, lecz go nie zdominowała. Pisałem o tym w czasopiśmie Edukacja i Dialog (Przerost formy nad treścią). Często „jaramy się” tym jak szybko nasze dzieci chwytają technologiczne nowinki, lecz jednocześnie wielu z nas przeraża uzależnienie od cyfrowego świata? Wciąż prześladuje mnie często widziany obrazek, na którym dzieci żyją w sieci, ale nie czerpią z niej pożytku. Ba… nie zdają sobie nawet sprawy z mnogości problemów stojących przed naszą cywilizacją. Wielu z nich nie potrafi żyć bez technologii, lecz nie czerpie z niej wiedzy i pomysłów na przyszłość. Dlaczego tak jest? Ile w tym naszej winy? To ważne pytania.

Od technologii nie uciekniemy. Możemy obrażać się na nią, ale to do niczego nas nie doprowadzi. Jeśli nie chcemy, aby szkoła stała się XX wiecznym archaizmem, który trzeba po prostu odbębnić, to powinniśmy naukę sprząc z cyfryzacją. Nie ma innej drogi. Ale do tego potrzebni są świadomi i ciągle doskonalący się nauczyciele. Dzisiejsi nauczyciele, przytłoczeni biurokracją, tego skoku nie dokonają… Robią zbyt wiele niepotrzebnych i trywialnych rzeczy. W papierowych wizjach kolejnych ministrów, każe im się stosować nową technologię nie dając środków technicznych, finansowych, czasu na jej opanowanie oraz dobrze opracowanych kursów (takich przygotowanych przez praktyków, nie teoretyków, bo w teorii wiadomo… można wiele). Chciejstwo na papierze, gdzie szkoła już jest przecież nowoczesna, zderza się brutalnie z rzeczywistością. Ale to jedna strona medalu.

Z drugiej strony widzimy, że dzisiejsza szkoła sama w sobie staje się archaizmem, kombinatem w którym każdy odgrywa swoją rolę, coraz rzadziej zastanawiając się nad skutecznością takich działań. Oczywiście wszystko się mierzy, kontroluje, niejeden las kończy swój żywot w segregatorach przygotowanych na kuratoryjne kontrole… Ale czy wzrasta przez to jakość i nastaje nowoczesność? Rzeczywistość jest inna. Uczniowie siedzą w szkole jak na torturach, często nieobecni myślami, które krążą daleko. Nowe technologie skutecznie wyprowadzają ich umysły poza szkołę. Są w szkole ciałem. Część oczywiście pozostaje uśpiona w ławkach przy prymitywnej, internetowej rozrywce, ale czy kiedyś nie spano na lekcjach? Ale są też tacy, którzy poza szkołą, robią wspaniałe rzeczy, często ucząc się w sieci więcej i skuteczniej niż w szkole. Kiedy ich straciliśmy? Czy w XX wiecznej strukturze organizacyjnej szkoły możemy być ich przewodnikami po cyfrowej rzeczywistości. To pytanie retoryczne, bo oczywiście nie mamy na to szans.

Dlaczego? Bo zmęczeni rzeczywistością, reformami, niedoinwestowaniem, niedostatkiem działającego sprawnie sprzętu, przychodzimy nie do szkoły tylko do pracy. Odbębniamy, chałturzymy, liczymy godzinki, zarabiamy, czekamy na emeryturę. Coraz rzadziej jesteśmy mistrzami zarażającymi naukową pasją, coraz częściej korepetytorami do egzaminów, które trzeba przecież zdać. Zadaniowe podejście zabija piękno nauczania. W wyścigu technologicznym jesteśmy już całą długość za uczniami, przegrywamy z potęgą cyfrowego mózgu. Nasze myśli biegną innymi torami niż myśli tych, których uczymy. Nieznane obszary wiedzy, które odkrywali XX wieczni nauczyciele są dziś na wyciągnięcie ręki, na dotknięcie ekranu. Przekazują je od maleńkości kablówki, kanał YouTube, Wikipedia, wyszukiwarki etc. Uczniowie wiedzą, są zorientowani w temacie, słyszeli na długo przed naszą lekcją, nudzą się. I nawet gdy zmusimy ich do pracy w XX wiecznym stylu, udowodnimy niewiedzę i braki, to okaże się zaraz, że nasze oceny były chybione, bo te braki są już mniej istotne niż kilkadziesiąt lat temu. Bo praca i gospodarka nie są już takie jak kiedyś. Coraz więcej młodych osób rezygnuje na pewnym etapie z tradycyjnej edukacyjnej ścieżki i… robi wspaniałe rzeczy, tworzy wynalazki w świecie, którego nie znamy. Zarabia pieniądze i mówi, że szkoda czasu na taką szkołę. Na ludzi, którzy ich nie rozumieją, bo nie mogą… Niestety największą porażką wszystkich reform edukacyjnych było kształcenie nauczycieli. Ci przechodzili kolejne reformy, dostosowując do nich jedynie rozkłady nauczania, a nie sposób myślenia.

Nasze programy są przeładowane stertą rzeczy, które dostępne są po jednym kliknięciu na superkomputerze mieszczącym się w kieszeni. Dublujemy się z internetem, zamiast uczyć poszukiwania informacji, odsiewania pseudonauki, krytycznego myślenia, wykorzystania praktycznego tych niebotycznych zasobów wiedzy zawartej w sieci. Paradoksalnie, gdy nauka doprowadziła do postępu, dziś chcemy ten postęp zamieść pod dywan. Dlaczego? Bo nie nauczono nas uczyć po nowemu, bo przytłoczeni papierami i procedurami nie jesteśmy twórczy, a odtwórczy, bo boimy się nowości, bo sami nie nadążamy za postępem, bo najzwyczajniej w świecie nie mamy środków technicznych, by w tej nowej rzeczywistości być na lekcji razem z uczniami. Wielu uczniów marnuje na smartfonach (w sieci) swój czas, szanse edukacyjne i życie. To fakt. Ale faktem jest też to, że nie potrafimy nauczyć ich jak z tych urządzeń twórczo korzystać. Nie potrafimy, nie mamy środków i sprzętu, nie chcemy uczyć się w swoim wieku metodyki od nowa… rzeczywistość ma się dostosować do nas. Przypomina to coraz częściej zawracanie rzeki kijem…

Aby zrobić dobrą reformę edukacji trzeba ogarnąć całość, wznieść się ponad stereotypy i czyjeś małe interesy. Mieć wieloletni plan uwzględniający postęp naukowy i techniczny, być wizjonerem i powoli wprowadzać zmiany. Tak, aby nie było negatywnych skutków i… aby wystarczyło na te zmiany pieniędzy. Jeśli tak nie jest nie ma sensu zaczynać żadnych wielkich reform, tylko pracować u podstaw. Mozolnie poprawiać rzeczywistość. Bo w dzisiejszych czasach uczymy się całe życie. Także my, nauczyciele musimy chcieć się uczyć. W tym kontekście dwie ostatnie reformy (Hall i Zalewskiej) wyglądają jak eksperyment szaleńca. Ot… wlać kilka składników i wymieszać… Może nie wybuchnie. Ignorancja ludzi forsujących zmiany w oświacie jest wielka. Znów nie uwzględnia się tego, że żyjemy w świecie, który nie ma odpowiednika w przeszłości. Stosowanie starych sprawdzonych wzorców nic więc nie da. Znów nie mówi się o tym, że metody pracy nauczyciela muszą się zmienić i że bez wyszkolenia nauczycieli przed wprowadzeniem zmian, żadna reforma się nie uda. W ogóle nie mówi się o tym, że sama organizacja szkoły staje się archaiczna, bo często w jednej klasie znajdują się dzieci, które sobie przeszkadzają, zaprzepaszczając przez to swe szanse edukacyjne. Męczą się ze sobą dzieci chcące się uczyć i mające edukację w głębokim poważaniu. Niestety w szkole są rzeczy święte, których ruszenie wydaje się świętokradztwem. Ale jeżeli chcemy skutecznej edukacji, to trzeba wreszcie te kamienie poruszyć. Czy jest inna droga? Jest. Może pozostać jak jest. Tylko nie dziwmy się potem, że nasza praca będzie coraz mniej skuteczna, a frustracja coraz większa.

Czas na zmiany. Szkołę trzeba wymyślić na nowo. Jednak nie decyzją jednej pani minister, lecz powinniśmy najpierw przynajmniej trzy lata podyskutować, zamienić się doświadczeniami, niech wypowiedzą się specjaliści, nauczyciele praktycy, naukowcy o międzynarodowej sławie, dziennikarze znający wady i zalety systemów zagranicznych, futuryści, przedsiębiorcy etc. Ogólnonarodowa debata jest tutaj wskazana. Musimy odpowiedzieć na pytania: Czy nasza szkoła przystaje do XXI wieku? Czego powinniśmy się uczyć w XXI wieku? Jakich umiejętności będzie potrzebowała gospodarka XXI wieku? Jaką rolę w procesie edukacji muszą odegrać rodzice i co robić z rodzicami, którzy nie interesują się edukacją swych dzieci? Jak dobierać dzieci w grupy aby uczyły się efektywnie? Jakie kompetencje są niezbędne do funkcjonowania w życiu i w ile lat trzeba je opanować? Ile czasu powinna trwać obowiązkowa nauka? Od jakiego poziomu nauka powinna być przywilejem tych, którzy chcą się uczyć? W jakie kompetencje powinni zaopatrzyć swoje dzieci ich rodzice, a co jest rolą szkoły? Czy każdy nauczyciel ma być do wszystkiego? Czy rozdzielić funkcję wychowawcy od nauczyciela i ile zapłacić za tę wykonywaną dotąd społecznie pracę? Jak ograniczyć stertę dokumentacji produkowaną przez szkoły? Na ile możemy przenieść swą pracę do sieci? Pytań jest wiele. Zadałem tylko kilka.

Trzeba też wznieść się ponad dzisiejsze myślenie. Skończyć z poprawnością polityczną. Częściej mówić prawdę. Może wtedy, gdy zdolny uczeń z zabitej dechami Pipidówy usiądzie przed kompem i wejdzie na e-zajęcia nauczyciela mistrza z drugiego końca Polski, wtedy powiemy, że wszyscy mają równe szanse edukacyjne.