Spoglądając na protest lekarzy rezydentów trudno oprzeć się wrażeniu, że lekarze i nauczyciele to ludzie z innej gliny ulepieni. Niby wiele nas łączy, ale nasze protesty są jakby z innych bajek. Zdecydowanie, odwaga, zdolność do podejmowania trudnych decyzji, akceptacja ryzyka, to chyba nie są mocne strony pracowników oświaty. Dlaczego jesteśmy tak miałcy? Dlaczego można nas urabiać jak plastelinę? Dlaczego nikt się poważnie z nami nie liczy? Może należy w nasze słodkie samozadowolenie wlać łyżkę dziegciu i poddać nasze zachowania konstruktywnej krytyce?

Wejdźmy w szczegóły. Pracujemy w równie hierarchicznym środowisku co lekarze. W budżetówce. Oni odpowiadają za zdrowie, my za wychowanie i przyszłość człowieka. Odpowiedzialność zbliżona. Nasze szkoły są równie rozproszone jak szpitale, równie często wieszają na nas psy, jak na nich. My zostawiamy biedne dzieci bez opieki, oni odchodzą od łóżek pacjentów. A mimo to oni protestują, a my nie możemy się nawet zorganizować. Oni nie mają oporów. My mamy wieczne wątpliwości. U nich wszystko wypada, u nas wiecznie problem co ludzie powiedzą…

Jednak jedna rzecz mnie nie przestanie zadziwiać. Bo jak się tak zastanowić, to chyba nie ma idiotyzmu, które by środowisko nauczycielskie nie przełknęło. Pogodzeni? Bezbronni? Ze złamanymi kręgosłupami? Niezdolni do powiedzenia „nie”? Gdzie tkwi błąd? W braku selekcji do zawodu? W kształceniu na studiach? W programach nauczania akademickiego? W organizacji hierarchii zawodowej? W dużym rozproszeniu placówek? W niewielkim uzwiązkowieniu? W zbyt dużej feminizacji zawodu? Może ktoś pomoże mi znaleźć odpowiedź…

W kwestii uzwiązkowienia w szkolnictwie bida. W dodatku atmosfera podejrzeń. Sam to przeżyłem, bo gdy zacząłem działać w związkach byłem traktowany jak darmowy worek do obijania, bo przecież jako związki nic nie robicie – mówiono. Ale nikt się jakoś nie garnął by dać przykład, pokazać jak należy pracować, bo to funkcja społeczna i strata własnego czasu… Na dodatek przypisywano mi kompetencje i moce, które drogie koleżanki same posiadały, będąc członkiniami rad pedagogicznych. Jakoś na radach nikt nie palił się do próby zmiany rzeczywistości. No ale co się dziwić… skoro nie chcą się odzywać na radach i tam walczyć o swoje, to nie dziwne, że nie chcą poświęcać swego prywatnego czasu i walczyć dla ogółu, także dla koleżanki z innej szkoły i z innego poziomu nauczania… Wiele razy słyszałem, że te związki nie, bo to, tamte nie, bo tamto. Ale gdy powstały w końcu inicjatywy związkowe nie związane z żadną z głównych central, to co się stało? Czy nauczycielki masowo rzuciły się do pracy społecznej i zaczęły zmieniać rzeczywistość? Skądże. Inicjatywy nie wypaliły bo… niewielu chciało pracować społecznie dla ogółu… Zresztą… związki mają bronić praw pracowniczych, a nie reformować oświatę. Od zainicjowania zmian w oświacie powinny być… rady pedagogiczne. A rady? Wydaje się, że umarły.

Szczera dyskusja na radzie pedagogicznej i brak zgody na pewne rozwiązania, pachną zawsze aferą, a dyrektorzy kłopotów mieć nie chcą. Ale jeżeli tak samo postąpi wiele rad, to staną się siłą, którą ciężko będzie zatrzymać. Cóż z tego skoro rady są często towarzystwami wzajemnej adoracji. Mam wrażenie, że rady spełniają częściej rolę poplecznika dyrektora aniżeli miejsca faktycznej dyskusji o naszych problemach…

A może to źle, że radami rządzą dyrektorzy? Może szefem rady powinien być ktoś nie uzależniony od samorządu, nie zajęty zarządzaniem pracownikami i remontami budynku? Może taki niezależny szef rady powinien obowiązkowo, powiedzmy raz na kwartał, spotkać się na zebraniu szefów rad z całego powiatu i porozmawiać o wspólnych problemach, zaproponować wspólne stanowisko w ważnych sprawach? Może Rada Powiatowa Pedagogów powinna wybrać przedstawiciela do Rady Wojewódzkiej Pedagogów, a ta do Ogólnopolskiej Rady Pedagogów… Swego rodzaju samorząd nauczycielski, który dałby szeregowej radzie szanse, że powtarzające się na dole problemy trafią na forum ogólnopolskie. Bo na razie rady pedagogiczne są maszynkami do przyklepywania decyzji dyrektora, a w przypadku miałkiego dyrektora, taka rada przyklepuje po prostu decyzje organu prowadzącego. Nie ma komunikacji pomiędzy nauczycielami, samorządami, kuratoriami i ministerstwem. Te środowiska się nie słyszą. Problemy z dołu znikają na poziomie dyrektorów i samorządów. Ma być dobrze i już.

Dużo w tym naszej winy, bo przyzwyczailiśmy zwierzchników, że z nauczycielami można wszystko. Wystarczy prześledzić ostatnie 20 lat. Wprowadzenie gimnazjum – akceptacja, likwidacja gimnazjum – akceptacja. Sześciolatki w szkołach – akceptacja, sześciolatki won ze szkół – akceptacja. Narodowiec ministrem edukacji – akceptacja. Niekonsultowane reformy – akceptacja. Godziny karciane – akceptacja. Ewaluacja zewnętrzna – akceptacja. Teraz stwierdza się, że ewaluacja już nie jest dobra – akceptacja. Nie mówię już o wielu biurokratycznych procedurach, które środowisko połknęło bez zastanowienia i refleksji, że często bardziej przeszkadzały, niż pomagały w pracy… Często akceptujemy jakieś rozwiązania, a za chwilę akceptujemy rozwiązania przeciwne. Buntujemy się w zaciszu pokojów nauczycielskich, ale na radach pedagogicznych już rzadko. Tylko patrzeć jak zaakceptujemy ocenę moralną i uznaniowe 500+ dla belfra… Jestem tego pewien. Często bardziej buntują się rodzice lub media niż sami nauczyciele (jak w przypadku sześciolatków i gimnazjów). Nie potrafimy wypracować wspólnego stanowiska w wielu sprawach, mimo że powinniśmy wiedzieć, iż spoglądanie na edukację jedynie przez pryzmat własnej szkoły do niczego nie doprowadzi…

Słyszałem kiedyś od koleżanki z pracy, że cytuję: „Nie sra się we własne gniazdo”. Ale skoro w tym gnieździe taki marazm, to niby dlaczego? Sram więc ile wlezie. A im większą bierność środowiska widzę, tym większą mam biegunkę. Nie czarujmy się, w środowisku nauczycielskim obecnie przeważa chęć przetrwania. Ta chęć przetrwania tłumi wszelki bunt. Pozwala przejść do porządku dziennego nad chaosem programowym, nad bieganiem między szkołami, nad śmiesznymi na te czasy zarobkami. Kierowani chęcią przetrwania jesteśmy (znowu) gotowi poświęcić kolejne eksperymentalne roczniki (prawdziwych i żywych) dzieci. Odwrócić głowę, zamknąć oczy, przetrwać. W imię czego? – się pytam. Kolejnej wypłaty?