Co w szkole powinien robić uczeń? Oczywiście się uczyć. A co powinien robić nauczyciel? Jak najbardziej efektywnie uczyć ucznia. Niby wszystko jasne, ale czy na pewno? To dlaczego mam dziwne wrażenie, że coraz częściej uczeń przypomina sprzedawcę marzeń a nauczyciel specjalistę od reklamy i marketingu? Tak wiem, żyjemy w rynkowej rzeczywistości, nauka także stała się produktem. Jednak w handlu coraz częściej razi nas to, że reklama nie zawsze przedstawia przedstawia stan faktyczny, a czasami wręcz oszukuje i ma jedynie na celu zmusić klienta by kupił nasz towar, zamiast towaru konkurencji. W promocjach szkolnych jest chyba podobnie…

Niż demograficzny stworzył grunt pod patologie. Na uczniów czeka więcej miejsc w szkołach aniżeli powinno. Uczeń stał się więc łakomym kąskiem, który szkoły wyrywają sobie pazurami, podobnie jak przecenione rzeczy podczas czarnego piątku. Czy tak być powinno?

No właśnie. Jak być powinno? Jak powinna się promować szkoła? Ile czasu na promocję poświęcać? Czy w dobie internetu, portali społecznościowych, takie wielkie i huczne imprezy są komuś potrzebne? Ja wiem, takie imprezy integrują młodzież, pełnią funkcję wychowawczą, ale czy nie mogłyby ich pełnić przygotowania do imprez, które w kalendarzu szkolnym są od dawna (jasełka, Dzień Nauczyciela, Wielkanoc, Święto Niepodległości etc). Oczywiście tradycyjne uroczystości nadal się odbywają więc działania promocyjne zabierają kolejne zasoby czasu i energii. A może miasta powinny zrezygnować z targów edukacyjnych? Dla szkół to problem logistyczny. Może targi wirtualne byłyby lepszym rozwiązaniem? Coraz częściej mam wrażenie, że na wszelkiego rodzaju imprezach promocyjnych uczniowie oraz nauczyciele marnują zbyt wiele energii i czasu. A gminie odmówić nie wypada…

A jak jest? Szkoły prowadzą między sobą bratobójczą walkę, aby wydrzeć choćby jednego ucznia więcej. Gminy często spoglądają na te zmagania na zasadzie „niech się gryzą”. Niestety nie zawsze ten kto najgłośniejszy jest najlepszy. I gminy powinny to dostrzec, tak realizując politykę edukacyjną na swym terenie, aby zapełnić różne rodzaje klas, zarówno zawodowych, ogólnych, jak i technicznych. A przede wszystkim nie pozwalać na wyniszczającą konkurencję. Można to osiągnąć mądrze ustalając limity i dając mądrze pozwolenia na otwieranie kolejnych zawodów. Niestety kończy się jak zwykle. Wiele klas zawodowych i technicznych cierpi na brak chętnych, a kandydaci do nich lądują w liceach, często marnując tam czas. Jak wyglądają promocje? Wszędzie tak samo. O szkołach ma być głośno. Szkoły bardzo szybko dały się wtłoczyć w styl promocji znany z handlu. Targi edukacyjne, dni otwarte przypominają coraz bardziej jarmarki. Żarcie, śpiew… I mnóstwo rzeczy, które w szkole są potem jedynie obecne szczątkowo (a czasem wcale). Prawdziwy cyrk, tyle że potem uczeń złapany w sieć, nie dostaje w szkole kolorowego produktu obiecanego w reklamie, a zwykłą, ciężką i monotonną pracę. Zniechęca się i robi szkole… antyreklamę (bo przecież nie tak miało to wyglądać). Przygotowania do takich imprez zajmują zaś mnóstwo czasu. Uczniowie tracą zajęcia, nauczyciele odciągani są od swych przedmiotów (oczywiście wszystko w ramach 40 godzinnego tygodnia pracy), pojawiają się zaległości. Jeden nadrobi, inny nie, ale cóż z tego… NIECH ŻYJE BAL!

Prowadziłem kiedyś badania ankietowe na ten temat. Wyniki okazały się zaskakujące, bo na wybór szkoły wpływały nie tyle wielkie promocje, co… opinia znajomych, uczniów danej szkoły. Może więc zamiast robić cyrk, więcej czasu poświęcać na pracę z uczniem, bo to jest nasza prawdziwa reklama? Oczywiście każdy dyrektor powie tu, że przecież musi zapełnić oddziały i dać pracę. Wracamy więc do punktu wyjścia, czyli do roli gmin, które powinny pomóc uczniowi wybrać, a szkole przetrwać.

Czy w ogóle taka reklama daje prawdziwy obraz? Czy nie jest tak, że uczeń pod jej wpływem wybiera szkołę pod wpływem impulsu? Jak w sklepie. Przecież nie powinno tak być. Wszak decyduje on o dobrych kilku latach swego życia. A gdzie doradztwo zawodowe? Odkąd pracuję w szkole, non stop słyszę o doradztwie zawodowym, ale jeszcze go nie widziałem. Powinien być jeden doradca na szkołę w wymiarze etatu (najlepiej nie nauczyciel, bo ten ma swoją robotę). Bo tak naprawdę taki młody człowiek często nie wie czego chce. Ile razy przed samą maturą w liceum, uczniowie nie mieli jeszcze wybranej szkoły. Aż prosi się o fachowca, dobre testy kompetencji i fachową ich analizę. Dziś rolę doradców spełniają często rodzice, ale to nie są dobrzy doradcy, bo często ich chciejstwo i marzenia wręcz komplikują dzieciom przyszłość zawodową.

Polityki edukacyjnej nie ma wiele gmin, choć gdyby zapytać, to każda będzie się zarzekała, że takową ma. Gminy często mylą politykę oświatową z utrzymywaniem szkół i nauczycieli. To trochę jak z wychowaniem. Można dziecku wydzielić w mieszkaniu pokój, kupić ubrania, karmić i wielu nazywa to wychowaniem, mimo że z wychowaniem niewiele ma to wspólnego. Tak samo polityką oświatową wiele gmin nazywa coś co polityka oświatową nie jest. Nasze gminy powinny stwarzać warunki, aby na swoim terenie dzieci pracowały w dobrych warunkach, aby uzyskać specjalistów w pożądanych przez siebie zawodach i aby poziom nauczania był wysoki, a kadra przygotowana oraz opłacona w ten sposób, aby nie myślała o zmianie zawodu. Polityka oświatowa powinna być skorelowana z planami rozwoju gminy. Ale jak to osiągnąć, gdy planuje się w perspektywie kadencji, bo potem może być polityczna czystka? Polityka oświatowa powinna uwzględniać potrzeby pracodawców, bo jeśli tego nie ma to efekt jest dokładnie taki jak obserwujemy to dzisiaj – brak pracowników w wielu dziedzinach i masa kiepsko wykształconych magistrów (często z przerośniętym ego) szukająca szczęścia na Zachodzie w… bardzo prostych pracach. Targi edukacyjne raz lub dwa razy do roku, to nie jest polityka edukacyjna. To cyrk i szczucie szkół na siebie. Trzeba w końcu zrozumieć, że szkoły to nie sklepy lub fabryki.

Z pewnością szukać uczniów nie trzeba będzie w 2019, gdy do szkół średnich wejdą dwa skumulowane roczniki, efekt pseudo reformy. Jednak w 2020 powrócimy do problemu, z którym borykamy się dzisiaj. Niż demograficzny może być jeszcze większy, promocje więc będą bardziej huczne. A profesjonalnego doradztwa zawodowego nadal nie będzie (chyba że na papierze, bo znając życie, każą wychowawcy być doradcą w ramach 40 godzinnego tygodnia pracy, czyli efekt takiego działania będzie zerowy, bo wychowawca to nie cyborg).