Wydawałoby się, że w dzisiejszych czasach to nauczyciel szuka szkoły a nie szkoła nauczyciela. Likwidacja gimnazjów sprawiła, że pracy jest mniej, mimo że ministerstwo twierdzi inaczej. Ale są nauczyciele, których poszukuje się nawet w tych trudnych czasach. To nauczyciele przedmiotów zawodowych, czyli kierunków na które państwo ma ponoć stawiać w najbliższych latach. Dobry „zawodowiec” jest na wagę złota, a przynajmniej na wagę dobrego naboru.

Średnia wieku nauczycieli przedmiotów zawodowych w wielu szkołach niebezpiecznie wzrasta. Częściowo zawiniło tu zabranie nauczycielom prawa do wcześniejszej emerytury. Siłą rzeczy „zawodowcy” musieli pracować dłużej. Zrobiła się luka pokoleniowa, wzmacniana niżem demograficznym. Częściej zwalniano niż zatrudniano. Dziś mamy z zawodowcami problem, dlatego wielu z nich przeciąga przejście na emeryturę (albo z niej wraca) na prośbę dyrektora, bo ciężko obecnie znaleźć zastępcę. Młodzi nie garną się do pracy w szkole. Bo niby dlaczego mieliby się pchać do nauczycielstwa? Co na nich tam czeka?

Na pewno wabikiem nie są pieniądze. Nauczyciele „zawodowcy”, w przeciwieństwie do nauczycieli ogólnokształcących, mają realną alternatywę dla pracy w szkole. Mogą pracować w zawodzie, gdzie ich zarobki są przeważnie dużo wyższe. Rezygnować z części zleceń i uczyć? Czy to się opłaca?

Ale nie tylko o pieniądze chodzi. Bo czy warto „użerać się” z dzisiejszą młodzieżą wychowaną bezstresowo, niedoceniającą często możliwości jakie daje im kraj i rodzice? Czy warto przez to tracić głos? Czy warto wypełniać sterty bzdurnych papierów, które do niczego nie są potrzebne? Taki nauczyciel podlega przecież takim samym zasadom jak zwykły nauczyciel, czyli sprawozdania, plany, programy, zestawienia, konferencje, konsultacje etc. Mówiąc wprost, wpada w biurokratyczną maszynę, która efektów nie daje, jedynie odciąga od celu, jakim jest nauczanie. Nauczyciele zawodu, łączący godziny w szkole z pracą zawodową, szczególnie wyraźnie widzą bezsens szkolnej biurokracji. Jednak wyjątków dla nikogo nie ma. Chociaż to bezsensowne i obniżające efektywność, papiery trzeba produkować i tyle. I w miejscu, w którym nauczyciel przedmiotów ogólnych ugina się przed potęgą systemu, zawodowiec zadaje pytanie „W imię czego?”.

Na dodatek egzaminy rozbito na poszczególne kwalifikacje, co tylko zwiększyło presję na nauczycieli. Teraz muszą przygotować do egzaminów nie tylko ostatnie klasy techników, lecz już drugie, potem trzecie i czwarte. Pracy dużo, oczekiwania wielkie, warunki pracy kiepskie, bo nie zawsze za zawodem idą pieniądze na wyposażenie pracowni.

Szumne zapowiedzi odrodzenia szkolnictwa zawodowego nie idą na razie w parze z poziomem wynagradzania nauczycieli. Brak też jakichkolwiek ruchów aby zapełnić „branżówki” młodzieżą. Nie czarujmy się, klasy branżowe będą świecić pustkami dopóki marne licea będą im podbierać uczniów. Na razie nikt z tym nic nie robi. Gadania jest wiele, ale czuję, że po kilku latach nadal będziemy w punkcie wyjścia, a szkoły branżowe będą nadal wyludniającymi się szkołami zawodowymi, jedynie ze zmienionym szyldem i pieczątką.

Doświadczony nauczyciel zawsze jest w cenie. Szczególnie, że przy dzisiejszej konkurencji na rynku edukacyjnym, szkół nie stać na eksperymenty. Tymczasem dzisiejszy rynek pracy staje się powoli rynkiem pracownika. Ofert pracy jest więcej aniżeli chętnych do pracy. To poważna pokusa aby pracę rzucić i pójść tam gdzie nie trzeba będzie zdzierać gardła. Tym bardziej, że pensje nauczycieli stoją w miejscu, niebezpiecznie „zbliżając się” do wciąż podnoszonej płacy minimalnej. Czy czeka nas więc bunt zawodowców? Osoby odpowiedzialne za oświatę (od MEN po gminy) powinny się nad tym zastanowić. Teraz, bo za kilka lat może być zbyt późno.