Dawno, dawno temu w szkołach funkcjonowała czterostopniowa skala ocen. Jeszcze dzisiaj starsze osoby mówią, że ktoś „dostał dwóję”, zamiast „dostał jedynkę”. Argumenty zmieniające skalę ocen były słuszne a decyzje potrzebne. Zmianę tłumaczono w jasny i przejrzysty sposób, niepozostawiający miejsca na nadinterpretację. Minęło ćwierćwiecze, nowa skala przyjęła się w szkołach. Jednak czy zasady obowiązujące ćwierć wieku temu cokolwiek jeszcze znaczą w dzisiejszej rzeczywistości? Obawiam się, że niewiele. Nietrudno zauważyć, że w naszym szkolnictwie słowa przechodzą ewolucję, podobnie jak reformy, których efekt nie zawsze odpowiada pierwotnym planom.

Czasy sprzed zmiany skali ocen pamięta niewielu pracujących nauczycieli. Oceny: dwa, trzy, cztery i pięć – okazały się zbyt ciasnymi ramami w zmieniającej się rzeczywistości. Pojawiły się dwie grupy uczniów, których ciężko było sklasyfikować. Pierwsza to ci, którzy wychodzili poza program nauczania. Dla nich wymyślono celujący, czyli szóstkę jako notę dla tych, którzy potrafią więcej niż program wymaga. Drugą grupę stanowili uczniowie, którzy znajdowali się gdzieś ponad oceną niedostateczną, ale nie potrafili uzyskać oceny dostatecznej, czyli pozytywnej. To oni dostawali słynne trzy na szynach, czyli z dwoma minusami. Dla nich wymyślono dopuszczający i dano mu wartość dwa, natomiast niedostateczny zdegradowano do noty jeden. Ale zaraz. Przecież dopuszczający nie nazywał się tak od początku. Po reformie z 1991 roku nazywał się przecież… mierny.

Niby słowo a różnica kolosalna. Dostać mierny cząstkowy to jeszcze nie była tragedia, ale na świadectwie końcowym wyglądał niezbyt ładnie. Po kilku latach zmieniono go więc na politycznie poprawny dopuszczający. Niby zmiana słowa, lecz w hierarchii szkolnej było to jak uderzenie asteroidy. Dosłownie, bo miało podobną siłę destrukcyjną. Z miernego chciało się wyjść, miał wydźwięk negatywny, bo taki miał w założeniu mieć, wszak wprowadzono go w miejsce 3=!!! Pojawiał się impuls, aby coś zmienić, bo mierny choć był oceną pozytywną, to jednak skłaniał do dalszej pracy, aby nie być miernym, bo nikt nie chce być mierny. Co innego po zmianie. Zgrabnie nazwany dopuszczający stał się oceną powszechnie akceptowaną, jak najbardziej pozytywną, po otrzymaniu której uczeń nie odczuwał już dyskomfortu, mimo że nadal był to ten sam stopień co mierny lub dostateczny= w starym systemie!!! Stał się akceptowalny, choć mówiąc wprost nadal znaczył ni mniej, ni więcej co: gówno wiem, ale jestem wspaniały, bo przechytrzyłem system. W starym systemie uczeń z taką wiedzą po prostu by nie zdał. Asteroida spadła.

Od wprowadzenia miernego mieliśmy ocenę która dawała promocję, lecz miała negatywny wydźwięk. Zmieniliśmy to i… trzeba powiedzieć szczerze – zepsuliśmy system. Po zmianie z 1999 roku jednoznacznie negatywna była tylko jedna – niedostateczna, druga mierna przemianowana na dopuszczającą, stała się w odbiorze pozytywna, pomimo tego, że w głowie ucznia nic się nie zmieniło, uczeń nadal prawie nic nie wiedział. W kontekście dalszej edukacji tragedia. Bo jeżeli ktoś stwierdził „dopuszczający to świetna ocena” (a takich z roku na rok było coraz więcej) to przechodził do następnej klasy z zaległościami, których nawet nie miał motywacji nadrobić, bo był przecież dopuszczający, a nie mierny. Mierny „mówił” – masz braki i jesteś przez to mierny. Dopuszczający „mówił” – śpij spokojnie, jest dobrze… W trakcie swojej pracy nauczycielskiej byłem świadkiem procesu, w którym dopuszczających przybywało, a zadowolenie z uzyskania tej oceny wzrastało. „Gratuluję” tym którzy wymyślili dopuszczający.

Podobnie z celującym. Ale tutaj negatywną rolę odegrali rodzice. Na początku ocena ta coś znaczyła. Była oceną dla orłów. Sprawiała, że najlepsi czuli się docenieni. Potem rodzice zaczęli pytać „Ale jak to? Umiał wszystko a ma tylko piątkę?” i trzeba było za każdym razem tłumaczyć, że sześć jest ponad program. Ambitni rodzice chcieli więcej, nawet wtedy, gdy ich dzieci aż tak ambitne nie były. Na początku celujący „załatwiano” dodatkowymi zadaniami na szóstkę, dla wybranych i odważnych. Potem MEN kazał stosować sześciostopniową skalę dla wszystkich. I tak szóstka stała się z powrotem piątką i koło się zamknęło. W hierarchii szkolnej orły znów zrównały się z innym ptactwem.

Szkolna rzeczywistość okazała się bardzo złożona. Dziś zamiast sześciostopniowej skali mamy skalę… szesnastostopniową. Policzmy: 1,1+,2-,2,2+,3-,3,3+,4-,4,4+,5-,5,5+,6-,6. Rozmieniamy się na drobne, ale trudno. Oceny liczy teraz komputer, więc możemy sobie na to pozwolić, bo nie wykonujemy sterty obliczeń na ułamkach. Ale nie o wygodę tutaj chodzi, bo mam wrażenie, że od 1991 roku nic w ocenianiu się nie zmieniło… Po przeszło ćwierćwieczu mieszania w skali ocen doszliśmy do punktu wyjścia. Są bowiem szkoły w których stawia się dziś 2=, dla tych, którzy nie potrafią na dopuszczający, ale są ponad niedostatecznym. Skąd my to znamy? Ja amnezji nie mam, pamiętam to z lat 80-tych. Podobnie z szóstką, która (jak powyżej udowodniłem) jest już dawną piątką. Są uczniowie wykraczający poza te 100% i znowu, jak w latach 80-tych nie ma dla nich oceny. Skalę 2-5 naciągnęliśmy jak gumkę do postaci 1-6, a cel tej zmiany po drodze się zatracił. Czy mogę już zacząć się śmiać?