Jarosław Bloch

CO Z TĄ EDUKACJĄ?

Matematyka – suma wszystkich strachów

Dlaczego dzieciaki nie lubią matematyki? W dużej mierze to wina nieprzygotowanych do uczenia nauczycieli. Nasz słynny przedwojenny matematyk Stefan Banach mawiał: „Matematyka to bardzo ostre narzędzie. Trzeba uważać, jak się je podaje dzieciom”… To także efekt ciągłych reform. Po reformie gimnazjalnej słusznie w liceach narzekano na kiepskie wykształcenie matematyczne gimnazjalistów, bo okrojono im materiał nauczania. Reforma Zalewskiej tylko ten proces pogłębia, bo nie wracamy do podstaw ze starej podstawówki, tylko kroimy materiał nauczania jeszcze bardziej.

Co mnie skłoniło by pisać o matematyce? Wszak to nie moja działka? Przeczytałem wczoraj bardzo ciekawy wywiad z dr Anną Widur o podejściu do matematyki w szkołach. Nie sposób się z nim nie zgodzić, tym bardziej że w szkołach wielokrotnie widziałem (jako uczeń i nauczyciel), że nie wszyscy są przygotowani aby matematykę przekazywać dzieciom. Ale czy faktycznie dobrze się przed chwilą wyraziłem? Nie moja działka? Czyżby na pewno? Czy przedstawiciel jakiejkolwiek specjalności może powiedzieć o królowej nauk, że to nie jego działka? Jeśli któryś nauczyciel tak myśli, to… powinien zacząć edukację od nowa.

Osobiście nigdy nie miałem problemu z matematyką i ścisłym sposobem myślenia. Moje studia geograficzne odbywałem po dobrym przygotowaniu matematycznym w Śląskich Technicznych Zakładach Naukowych. Znajomość matematyki i innych przedmiotów ścisłych pomogła mi w okresie studiów, w zrozumieniu wielu procesów, które zachodzą w środowisku. Dla wielu moich koleżanek, które takiego przygotowania nie posiadały, nauka niektórych rzeczy była drogą przez mękę. Nie wyobrażałem ich sobie jako nauczycielek. Ale z pewnością wiele z nich trafiło do szkół. Bo do pedagogiki ucieka się często przed matematyką. Dr Widur ma nadzieję, że obecne pokolenie mające obowiązkową matematykę na maturze będzie lepiej przygotowane do jej nauczania w szkołach. Ale rozczaruję ją. Ucząc od wielu lat w szkołach średnich widzę, że matematyka nadal jest przyjmowana ze strachem. Jak ma być inaczej, skoro nawet w banalnie prostych obliczeniach, które wykonujemy na geografii, widzę zaległości z okresu nauki w podstawówce. Mnożenie, dzielenie, ułamki, zmiana znaku, kolejność wykonywania działań, wyliczenie niewiadomej… leży… Przyszli studenci pedagogiki zdający obowiązkową maturę, to przeważnie nie matematyczne tuzy, lecz ludzie liczący na łut szczęścia i minimalny wynik. Wynik ten to 30%… tak naprawdę 25%, bo w pracach progowych punkty wyciskane są z największych bzdur. To właśnie ci ludzie zasilą kiedyś szeregi nauczycieli klas 1-3 i przedszkoli. Szczęśliwi, że znaleźli swoją działkę, gdzie mogą być daleko od matematyki. Historia zatoczy koło.

Co zrobić by tak nie było? Nie jest to łatwe. Ale trzeba od czegoś zacząć. Może od progu 50% na maturze? Mniej ludzi na studiach (ale nauczycieli i tak się teraz zwalnia), lecz na lepszym poziomie matematycznym. Ci lepiej przygotowani ludzie powinni mieć więcej matematyki na studiach, powinni uczyć się jak z matematyki zrobić dobrą zabawę i jak uczyć z pasją, w sposób zrozumiały, aby matematyka przestała być czarną magią. Aby to zrealizować, trzeba wysłać na kursy nauczycieli akademickich, którzy powinni nareszcie dostrzec, że nie uczą naukowców tylko ludzi pracujących z małymi dziećmi i z młodzieżą. Gdy przypomnę sobie zajęcia ze statystyki na moich studiach na UŚ, to bawi mnie to do dzisiaj, gdyż zobaczyłem gościa, który potrafił 2 godziny pisać na tablicy nie zauważywszy, że wyłączył mu się w międzyczasie mikrofon, że nikt nic nie rozumie, a sala wykładowa pustoszenie. Ci ludzi byli przeszkoleni do pracy ze studentami matematyki, a nie z przyszłymi nauczycielami… Nauczycieli już uczących matematyki też szkolić. Konkretne szkolenia, jak w prosty sposób przedstawić skomplikowane zagadnienia. Wielu uczy się raz i bazuje na tym przez resztę kariery.

Co jeszcze można zrobić? Na pewno przewietrzyć podstawy programowe i wywrócić do góry nogami podręczniki. Kupiłem w zeszłym roku książkę pt „Spal pracownię matematyczną”, po kilku rozdziałach stwierdziłem, że powinna być podręcznikiem. Podręczniki moich synów z matematyki w szkole podstawowej są napisane przez matematyków dla matematyków, nie dla dzieci. Nie tłumaczą w prosty sposób zagadnień, które można tak tłumaczyć. Może tak uczyło się 50 lat temu, ale teraz i dzieci inne, i zabawki inne, i nasza wiedza z dydaktyki o niebo większa niż kiedyś. Dlaczego więc w sposobie nauczania zatrzymaliśmy się na tym co kiedyś?

Pani dr Widur zdradza kto był autorem podstawy programowej z matmy. Mówi o tym, że w podstawie są błędy. Uświadamia, że dzisiejsza podstawówka zatrzymuje się na 6 klasie dawnej podstawówki. Naprawdę dobry wywiad, zachęcam do przeczytania. Ale martwi mnie wniosek płynący z tej rozmowy. Jako ojciec uczniów kończących nową podstawówkę dostrzegam rozmiar ściemy i amatorszczyzny, która jest nam serwowana. Uświadamia mi też, że muszę jeszcze większą uwagę poświęcić edukacji matematycznej moich synów. A może nauczyć ich od nowa w inny sposób?

2 kommentarer

  1. A propos wywiadu z Anną Widur:
    „pomnóż trzy ołówki razy pięć ołówków” to szkolny idiotyzm panujący tam jeszcze od czasów przedwojennych, a wzmocniony w ostatnich latach (raczej kilkudziesięciu) przez ideę, że „dziecku trzeba na konkretach”.

    Problem liczb mianowanych jest niezrozumiany przez niemal nikogo, nawet studenci fizyki rzadko rozumieją ich sens. Isaac Newton miał z tym pewien problem pojęciowy, a potem mało kto się tym zajmował. Dla pełnej ścisłości trzeba dość zaawansowanego aparatu matematycznego, raczej niedostępnego nawet dla zdolnego dziecka z podstawówki, a nawet z liceum – jak rachunek tensorowy.

    Odpowiedź na zadanie „pomnóż trzy ołówki razy pięć ołówków”, to oczywiście piętnaście ołówków kwadratowych. Pewne moje dociekliwe dziecię wykonało podobne szkolne rachunki na jabłkach, zadane młodszemu bratu, i przy pomocy nożyka zilustrowało jak wygląda „jabłko sześcienne”. Co dało jemu i mnie okazję do naprawdę głębokiej intelektualnej dyskusji.

    Można nawet pomnożyć 3 ołówki przez 5 długopisów i dostać 15 długopisoołówków. Choć fizykalny sens długopisoołówka jest raczej niejasny.
    Ale można pomnożyć 3 godziny przez 5 węzłów i dostać odpowiedź, że przepłynęliśmy 15 mil – a to już jest dość oczywiste.

  2. Myślę że nie tyle jest potrzebne 50%, ile forma egzaminu z matematyki – zadania OTWARTE. Niech ich będzie mniej, ale niech nie mają formy testu. To zdecydowanie lepiej pokaże faktyczny poziom wiedzy. Pozdrawiam :)

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

*