Jaka tak właściwie ma być współczesna szkoła? Fajna czy skuteczna? W ostatnich latach zbyt często słyszę, że fajna. Dlaczego zbyt często? Bo ta fajność coraz mniej wynika z poziomu szkoły, z jej oferty, czy też z atrakcyjności zajęć pozalekcyjnych, a coraz częściej z obniżania wymagań. Wielu nauczycieli narzeka, szczególnie starszych. Lecz wielu, głównie młodszych, mówi brutalnie, że trzeba mniej wymagać by młodzież w ogóle do szkoły raczyła przyjść. Coraz mniej wymagań, coraz więcej imprez… Doliny Krzemowej chyba tym sposobem nie zbudujemy. Raczej będziemy największymi ściemniaczami w UE. Niby szkoła to nie koncert życzeń, ale mam wrażenie, że w ostatnich czasach mocno zaburzyła się proporcja pomiędzy spełnianiem życzeń przez szkołę, a wykonywaniem przez uczniów swoich obowiązków.

A może pytanie czy szkoła powinna być fajna czy skuteczna, jest po prostu źle zadane? Może zapytać: Kiedy szkoła powinna być fajna a kiedy skuteczna? Może szkoła powinna być najpierw fajna, a im starsze dzieci do niej uczęszczają, to już bardziej skuteczna. To nawet lepiej że nauczanie początkowe będzie fajne, po pójście na tym etapie w skuteczność kradnie dzieciom coś z dzieciństwa i wpędza w pracoholizm. Jednak już w drugiej części podstawówki proporcja powinna się zmienić gdzieś w 50 na 50%. Natomiast nauczanie w szkołach średnich powinno być nastawione w większości na skuteczność. Bo jeśli na tym etapie szkoła jest fajna ale mało skuteczna to sprzyja to postawom lekceważącym pracę. A przecież takie będą Rzeczypospolite jak ich młodzieży chowanie… W szkole średniej kształtujemy podejście człowieka w zakresie punktualności, solidności pracy, estetyki pracy, pracy zespołowej, samokrytyki, zachowania w stosunku do przełożonych itp. I słysząc głosy pracodawców zatrudniających młodych ludzi, to nie jest z tym dobrze…

Kłopot w tym, że w dzisiejszych czasach zbyt często demokracja myli nam się z anarchią. Także młodzieży w szkole. Jestem liberalnym nauczycielem – przyznaję. Bardziej nastawionym na współpracę z młodzieżą niż na zamordyzm. I niestety dziś przegrywam. O ile 15 lat temu byłem w stanie dojść do porozumienia z każdą grupą, bez zdzierania gardła, znęcania się w postaci karnych kartkówek, ciągłego proszenia o spokój gdy coś mówię, o chowanie telefonów gdy pracujemy, o odpowiednie zachowanie podczas zajęć, to dziś coraz częściej czuję się w szkole jak w zoo. Wraz z przemianami kulturowymi w Polsce, zatraciła się gdzieś kindersztuba, którą dzieciaki wynosiły kiedyś z domu. Tacy jak ja męczą się, bo dzieciakom nagminnie myli się partnerstwo z koleżeństwem. Dać palec a oni biorą całą rękę. Tracimy czas na tłumaczenie podstaw zachowania, lekcja mija, a nas rozlicza się z realizacji podstawy i wyników egzaminów.

Kiedyś atrakcyjność szkoły podwyższały ciekawe zajęcia pozalekcyjne. Dzisiaj? Najlepiej aby były w czasie lekcji (tych nudniejszych) albo tuż po. Czasy w których młodzież tłumnie przychodziła mi na 17 lub na 7 rano minęły… Czasy w których ktoś przychodził bezinteresownie, aby się po prostu czegoś nauczyć, to też przeszłość. Teraz każdy liczy, co będzie miał z tego, że przyjdzie… Korzyść w postaci wiedzy i umiejętności jest u większości uczniów niedoceniana. Nie mówię tu oczywiście o garstce szkół, które jeszcze trzymają poziom. Inna sprawa, że ilość imprez szkolnych i planowych godzin po kilku niefortunnych reformach jest na tyle duża, że ciężko znaleźć siłę na dodatkową aktywność.

Na mapie Polski przybywa szkół w których ciężko zrealizować materiał nauczania. Mówię tu o realnej pracy, bo w Polsce na papierze zawsze można wszystko zrealizować. Święto goni święto, dzień taki, dzień owaki, promocja, dni otwarte, projekty unijne, warsztaty prowadzone przez zewnętrzne firmy. Do tego dochodzą robione od zawsze akademie, praktyki uczniowskie, wycieczki, konkursy, dni sportu. Wachlarz atrakcji jest często jeszcze bogatszy, bo przecież gminy mają też swoje imprezy na których nie może zabraknąć młodzieży. Coraz większa ilość uczących zadaje pytanie: Kiedy uczyć? No i jak odpowiadać za wyniki młodzieży, kiedy czasu na uczenie i powtórki coraz mniej?

W dobie niżu demograficznego, coraz częściej trudno znaleźć wystarczającą ilość uczniów, by tej dużej ilości imprez podołać. Ci zaangażowani uczniowie są wyrywani z lekcji przez szukających ludzi nauczycieli, którzy także zaniedbują swe obowiązki. Oczywiście nie ma nic za darmo. Oceny z aktywności są, ale… potem są egzaminy, na których liczy się realna wiedza i umiejętności. Ilu napisało egzamin poniżej swych możliwości, bo zamiast na lekcjach spędzali czas na organizacji rozmaitych imprez, które podnosiły atrakcyjność szkoły? To pytanie retoryczne, bo takich statystyk się przecież nie prowadzi… Oczywiście nie twierdzę, że są szkoły w których „fajne” i „skuteczne” potrafią zrównoważyć, ale tych jest raczej mniejszość. Większość jedynie się stara i różnie to wychodzi. Przeważnie źle na egzaminach…

Dlatego podchodzę z wielką rezerwą, gdy z ust młodego człowieka słyszę: Ta szkoła jest fajna. Może po latach dotrze do niego, że mogłaby być trochę bardziej skuteczna. W końcu nie przez przypadek po latach najlepiej wspominamy tych, którzy czegoś od nas wymagali, a mniej tych u których lekcję można było przespać. Dla szkół jednak ważniejszy jest dzień dzisiejszy, bo za jednym uczniem często idą inni. Konkurowanie o ucznia zmieniło się dziś w jarmark na którym uczniowie wybierają fajniejszy produkt, a przecież powinni wybrać najlepszy. To bardzo ważne, ponieważ z perspektywy rodzica wolałbym aby moje dzieci uczyły się w szkołach bardziej skutecznych niż fajnych. Szkoła to tylko krótki epizod, a potem przed nimi wiele lat życia. Wolałbym gdyby moim dzieciom dano solidną podstawę edukacyjną na której można coś zbudować, by kształtowano w nich odpowiedzialność za swoje postępowanie, odporność na sytuacje stresowe, aby wymagano solidnego podejścia do swoich obowiązków i realnej oceny swoich umiejętności. Niestety coraz więcej szkół w Polsce nastawionych jest jedynie na przyciągnięcie ucznia ku chwale istnienia szkoły i nauczycielskich etatów. Coraz więcej szkół zamiast dawać fundament wiedzy i uczyć odpowiedzialności, chucha i dmucha na ucznia, który decyduje o być albo nie być nauczyciela. Coraz więcej szkół zamiast wyrabiać w uczniu zdrowe nawyki, przyzwala na lekceważenie obowiązków, spóźnienia, nieobecności, kombinowanie. Uczy że nagroda nie jest dla tych którzy solidnie pracują, a dla tych, którzy potrafią się w tej patologicznej strukturze odnaleźć. Unikajcie więc zbyt fajnych szkół dla swoich pociech. Fajne nie zawsze równa się skuteczne.